Skromna Renault Twingo przerobiona na auto luksusowe. Kolekcjonerzy szaleją
W połowie lat 90. niewielkie atelier nadwoziowe wpadło na pomysł, który wtedy brzmiał jak żart: zamienić prostą Renault Twingo w elegancką limuzynę w miniaturze. Dziś te nieliczne egzemplarze uchodzą za pełnoprawne auta kolekcjonerskie, osiągające ceny, o których zwykłym „twingo” się nie śniło.
Od budżetowego malucha do małej „limuzyny”
Pierwsza generacja Twingo kojarzy się z kolorowym, plastikowym wnętrzem, prostotą i niską ceną. To miało być auto dla każdego: młodych kierowców, rodzin z ograniczonym budżetem i mieszkańców miast, którzy potrzebują czegoś małego i zwrotnego. Zero prestiżu, maksimum praktyczności.
Właśnie ten kontrast przyciągnął warsztat zajmujący się zazwyczaj wyjątkowo drogimi klasykami. Specjaliści od renowacji aut pokroju Bugatti uznali, że czas pobawić się konwencją i sprawdzić, co się stanie, gdy na zwykłe miejskie auto nałożą filtr luksusu z najwyższej półki.
Twingo w ich wydaniu przestało być anonimową „mieszczuchą”. Stało się czymś między designerskim gadżetem a kolekcjonerskim dziełem rzemiosła.
Luksus w rozmiarze XS: co zmieniono w Twingo
Sam pomysł opierał się na prostym założeniu: mechanika zostaje seryjna, cała magia dzieje się w nadwoziu i kabinie. Każde auto przechodziło gruntowną przemianę, praktycznie ręcznie, jak w czasach przedmasowej produkcji.
Lakier jak w limuzynie, nie jak w miejskim pudełku
Z zewnątrz na pierwszy rzut oka widać zupełnie inną klasę wykończenia niż w seryjnym modelu. Twingo otrzymywało:
- dwukolorowe malowanie inspirowane dawnymi limuzynami,
- specjalnie dobrane felgi, pasujące do eleganckiej stylistyki,
- starannie dopracowane elementy nadwozia, dzięki którym auto wyglądało bardziej „dorosło”.
W latach 90. takie wykończenie kojarzyło się z dużymi autami dla szefów firm, a nie z mikrosamochodem, który ledwo mieści się na miejscu parkingowym przed blokiem. Ten dysonans do dziś budzi uśmiech u fanów motoryzacyjnych ciekawostek.
Wnętrze jak w saloniku, nie jak w tanim kompakcie
Prawdziwy szok kryje się w środku. Tam, gdzie zwykle dominowały twarde plastiki i proste tkaniny, nagle pojawia się atmosfera przytulnego saloniku. Kabina została niemal w całości przerobiona.
| Element | Typowe Twingo | Wersja luksusowa |
|---|---|---|
| Tapicerka | tkanina, tworzywa sztuczne | skóra na fotelach i panelach |
| Wykończenie deski | goły plastik | fornir z lakierowanego drewna |
| Dach i słupki | prosta podsufitka | materiał w stylu alcantary |
| Detale | nierzadko surowe i „budżetowe” | ręcznie dopasowywane elementy, dekoracyjne przeszycia |
Tak przygotowane wnętrze sprawia, że kierowca czuje się raczej jak w małym aucie klasy premium, niż w miejskim maluchu epoki hiperinflacji i kaset magnetofonowych.
Limitowana seria, którą znają tylko wtajemniczeni
Mimo zgody producenta na cały projekt, auto nigdy nie trafiło do normalnej produkcji. To nie była wersja w katalogu salonu, tylko niemal rzemieślnicza seria dla chętnych gotowych zapłacić znacznie więcej niż za zwykłe Twingo.
Szacunki mówią o mniej niż 50 egzemplarzach, wszystkie numerowane. Jeden z nich trafił do oficjalnej kolekcji historycznej producenta i bywa pokazywany na dużych imprezach dla fanów klasyków. To sporo mówi o tym, jak nietypowy status ma ten projekt: nie jest to już tylko ciekawa modyfikacja, ale fragment historii marki.
Mniej niż pięćdziesiąt aut, każde wykończone ręcznie – dla kolekcjonerów to brzmi jak przepis na przyszłą „białą krukę”.
Cena przeróbki: prawie drugie Twingo
W latach 90. taki kaprys kosztował bardzo dużo jak na miejskie auto z niewielkim silnikiem. Sama przemiana seryjnego egzemplarza w wersję luksusową pochłaniała, według ówczesnych wyliczeń, kwotę stanowiącą około trzy czwarte ceny nowej Twingo z salonu.
W praktyce oznaczało to, że:
- fabrycznie nowe Twingo kosztowało wówczas w granicach 60 tysięcy franków,



Opublikuj komentarz