Szerszenie azjatyckie w odwrocie. Pszczelarz śledzi je jak agent i niszczy gniazda u źródła

Szerszenie azjatyckie w odwrocie. Pszczelarz śledzi je jak agent i niszczy gniazda u źródła
Oceń artykuł

Latem potrafią zamienić pasiekę w pole bitwy, a pszczoły nie mają z nimi żadnych szans bez pomocy człowieka.

Inwazyjne szerszenie azjatyckie rozprzestrzeniają się po Europie, w tym coraz bliżej polskich granic. Atakują pszczoły miodne, sieją spustoszenie w ulach i w skrajnych przypadkach potrafią doprowadzić całą pasiekę do upadku. Jeden z pszczelarzy z Francji postanowił jednak nie czekać z założonymi rękami i sięgnął po technologię, która brzmi jak scenariusz filmu szpiegowskiego. Zamiast biernie bronić uli, tropi napastników aż do ich gniazd i usuwa problem u źródła.

Szerszeń azjatycki – cichy zabójca pasiek

Szerszeń azjatycki, gatunek inwazyjny zawleczony do Europy kilkanaście lat temu, uchodzi za jednego z najgroźniejszych wrogów pszczół miodnych. Atakuje w bardzo specyficzny sposób: ustawia się w powietrzu tuż przed wylotem z ula i czeka.

Kiedy pszczoła wraca z pożytkiem albo próbuje wylecieć na kolejne zbieranie nektaru, szerszeń błyskawicznie ją chwyta. Następnie odgryza głowę i odwłok, a do gniazda zabiera jedynie tułów – część bogatą w białko, idealną do karmienia larw. Dla jednej pszczoły to koniec życia, dla kolonii to dopiero początek problemów.

Ule pod ciągłym ostrzałem drapieżników funkcjonują w stanie permanentnego alarmu. Pszczoły coraz rzadziej opuszczają ul, ograniczają loty po nektar i pyłek, a zapasy w magazynach topnieją. Jeśli taki stan utrzyma się dłużej, rodzina wchodzi osłabiona w zimę, a część z nich jej nie przeżywa.

Stały patrol szerszeni przed ulem oznacza mniej lotów po pożytek, niższe zbiory miodu i realne ryzyko, że cała rodzina pszczela nie przetrwa sezonu.

Technologia kontra owad: pszczelarz zamienia się w tropiciela

W regionie Haut-Rhin we wschodniej Francji jeden z pszczelarzy postanowił odwrócić role: to on zaczął polować na szerszenie. Zamiast skupiać się wyłącznie na pułapkach przy ulach, opracował sposób na odnalezienie gniazd szkodników dzięki elektronice i optyce.

Najpierw wyłapuje pojedynczego szerszenia w okolicy pasieki i chwilowo go usypia przy pomocy gazu. Gdy owad przestaje się poruszać, pszczelarz przyczepia mu miniaturową nadającą sygnał dźwiękowy lub radiowy „przywieszkę”. Całość waży na tyle mało, że po przebudzeniu szerszeń bez problemu może odlecieć.

W kolejnym kroku do gry wchodzi zestaw high-tech: antena kierunkowa, przypominająca telewizyjną, podłączona do smartfona. Urządzenie wychwytuje sygnał z przyczepionej do owada mikronadajnika. Pszczelarz, niczym łowca lisów na zawodach radiolokacyjnych, powoli zbliża się do miejsca, gdzie wskaźnik na telefonie pokazuje najsilniejszy odczyt.

Metoda działa jak „podsłuch” na szerszeniu: niewielka elektronika wysyła sygnał, a pszczelarz podąża jego śladem aż do ukrytego gniazda.

Gdy orientuje się już w ogólnym kierunku, sięga po kolejny gadżet: lornetkę termowizyjną. Dzięki niej łatwiej odnajduje samo gniazdo, na przykład wysoko w koronach drzew czy pod dachami, bo skupisko owadów wyraźnie odcina się temperaturą od otoczenia. Po zlokalizowaniu konstrukcji pozostaje jedno – bezpiecznie ją unieszkodliwić, zanim wyprodukuje nowe królowe.

Dlaczego trzeba uderzyć w pierwsze gniazdo

Kluczowy w całej akcji jest moment, w którym udaje się odnaleźć tak zwane gniazdo pierwotne. To pierwsza, mniejsza struktura budowana wiosną przez jedną królową. Z zewnątrz często przypomina niewielką, szarą kulę z papieru, ukrytą w krzewach, szopach czy pod okapami budynków.

Właśnie z takiego pierwszego gniazda pod koniec lata wylatują kolejne samice zdolne do zakładania nowych kolonii. Każda z nich w następnym roku może założyć kolejne, dużo większe siedlisko z dziesiątkami tysięcy robotnic. Jeśli gniazdo pierwotne przetrwa, skala problemu rośnie lawinowo.

Usunięcie jednego wczesnego gniazda szerszeni może oznaczać, że za rok w okolicy nie powstaną dziesiątki nowych kolonii z tysiącami osobników.

Z perspektywy pszczelarza i lokalnej przyrody taka akcja ma więc ogromny sens. Każde wykryte i zniszczone gniazdo pierwotne zmniejsza presję na pobliskie pasieki, a jeśli zrobi się to zanim wyjdą z niego nowe królowe, efekt ochronny obejmuje znacznie szerszy teren.

Jak działają klasyczne metody i z czym jest problem

W wielu regionach Europy walka z szerszeniem azjatyckim opiera się na prostszych metodach. Stosuje się pułapki wiosenne na królowe, które po zimowaniu szukają miejsca na założenie gniazda, lub pułapki przy ulach, mające wyłapywać robotnice atakujące pszczoły.

Takie rozwiązania dają pewien efekt, ale mają też wady:

  • łapią nie tylko szerszenie, lecz także pożyteczne owady, w tym osy rodzimych gatunków czy nawet trzmiele,
  • często działają zbyt lokalnie – chronią pojedynczy ul, ale nie zatrzymują ekspansji całej populacji,
  • wymagają regularnej obsługi i uzupełniania, co zabiera dużo czasu, zwłaszcza przy wielu ulach.

Metoda „szpiegowska” z nadajnikiem i termowizją ma inną logikę: nie skupia się na wyłapywaniu pojedynczych osobników, tylko na namierzeniu i likwidacji całej kolonii. Dzięki temu liczba atakujących robotnic automatycznie spada, a pasieki odczuwają wyraźną ulgę.

Czy taki sposób da się przenieść do Polski?

Szerszeń azjatycki jest już obecny w kilku krajach sąsiednich, a entomolodzy od dłuższego czasu ostrzegają, że pojawienie się go w Polsce to raczej kwestia czasu niż teoretyczne zagrożenie. Pojedyncze zgłoszenia podejrzanych owadów już się zdarzały, choć jak dotąd nie potwierdzono stałej populacji.

Do skutecznego wprowadzenia opisanej metody potrzeba:

Element Dlaczego ma znaczenie
Mikronadajnik Musi być bardzo lekki, by nie przeszkadzał owadowi w locie.
Anteny i odbiornik Umożliwiają śledzenie sygnału w terenie, najlepiej we współpracy ze smartfonem.
Termowizja Ułatwia znalezienie gniazda ukrytego wysoko lub w gęstej roślinności.
Przeszkolenie Pszczelarz musi umieć bezpiecznie obchodzić się z gazem, sprzętem i samymi szerszeniami.

Sprzęt nie należy do tanich, ale może być używany przez całe lokalne stowarzyszenie pszczelarzy, a nawet służby miejskie zajmujące się zwalczaniem inwazyjnych gatunków. Przy rosnącej presji na plony roślin wymagających zapylania, takie inwestycje zaczynają wyglądać jak koszt profilaktyki, a nie fanaberia pasjonata gadżetów.

Pszczoły jako „infrastruktura krytyczna” dla rolnictwa

Historia francuskiego pszczelarza dobrze pokazuje, jak mocno los jednego gatunku owada wpływa na cały łańcuch zależności. Pszczoły miodne i dzikie zapylacze obsługują setki gatunków roślin – od sadów po uprawy warzyw i roślin oleistych. Bez ich pracy spadają plony, rosną ceny żywności, a rolnicy są zmuszeni do szukania kosztownych alternatyw.

Dlatego coraz częściej traktuje się pasieki jak element infrastruktury, którą trzeba aktywnie chronić. Zagrożenia jest sporo: pestycydy, zmiany klimatu, choroby, a teraz również inwazyjne drapieżniki. Technologia, która jeszcze niedawno kojarzyła się głównie z przemysłem czy wojskiem, zaczyna trafiać w ręce pszczelarzy.

Dla polskich czytelników ta historia może być ostrzeżeniem i inspiracją jednocześnie. Jeśli szerszeń azjatycki pojawi się na stałe w naszym kraju, dobrze mieć w zanadrzu rozwiązania sprawdzone już gdzie indziej. A jednocześnie warto pamiętać, że każda pomoc dla zapylaczy – od sadzenia roślin miododajnych po ograniczanie chemii w ogródku – zmniejsza ryzyko, że kolejne zagrożenie przechyli szalę i pszczoły przestaną dawać sobie radę.

Prawdopodobnie można pominąć