Renault Twingo jak limuzyna: szalony projekt, który dziś kosztuje fortunę

Renault Twingo jak limuzyna: szalony projekt, który dziś kosztuje fortunę
Oceń artykuł

Niepozorna, tania kiedyś Twingo w specjalnej wersji potrafi dziś osiągać ceny zarezerwowane dla rasowych klasyków.

W połowie lat 90. znana pracownia nadwoziowa wpadła na pomysł, który wydawał się kompletnie oderwany od rzeczywistości: zamienić miejskie pudełko na kołach w auto przypominające miniaturową limuzynę z szoferem. Dziś jeden z tych rzadkich egzemplarzy wraca na rynek i elektryzuje kolekcjonerów.

Skąd się wzięła Twingo, która wygląda jak mini limuzyna

Dla większości kierowców Twingo z pierwszej generacji to prosta, wesoła „żabka” z lat 90. Auto dla studentów, młodych rodzin, ludzi liczących każdą złotówkę. Zero prestiżu, stuprocentowa funkcjonalność. A jednak ktoś postanowił wywrócić ten obraz do góry nogami.

Za całą historią stoi Carrosserie Lecoq – uznana, rzemieślnicza firma, która normalnie zajmuje się odbudową ekskluzywnych klasyków. Na jej podnośnikach stawały między innymi Bugatti Type 57 i inne kolekcjonerskie unikaty, które na aukcjach potrafią osiągać kwoty z sześcioma zerami.

W połowie lat 90. ekipa z Lecoq postanowiła zrobić coś zupełnie innego. Zamiast kolejnego przedwojennego coupe na zamówienie bogatego klienta, na warsztat trafiła maleńka Twingo z salonu. Pomysł był prosty, ale odważny: zastosować język luksusu znany z limuzyn segmentu premium do samochodu, który kojarzył się głównie z promocjami w marketach.

Projekt Twingo Lecoq polegał na ręcznej przeróbce zwykłej miejskiej Twingo w ekskluzywny, mocno limitowany model z wykończeniem rodem z aut klasy wyższej.

Jak zwykła Twingo zmieniała się w auto z salonu luksusowych marek

Przeróbka nie ograniczała się do kilku listew i innych felg. Nadwozie otrzymywało lakier dwukolorowy, inspirowany dawnymi, długimi limuzynami. Górna część karoserii miała inny odcień niż dolna, linie podkreślano ozdobnymi akcentami, a całość wykończono z dużą dbałością o detale blacharskie.

Nowe były także obręcze kół, przygotowane specjalnie dla tej serii. Zwykłe plastikowe kołpaki znikały, ich miejsce zajmowały felgi, które wizualnie lepiej pasowały do charakteru auta „na bogato”. Z zewnątrz mała Twingo nagle wyglądała jak gadżet kolekcjonera, a nie narzędzie do codziennych dojazdów.

Wnętrze jak w drogim coupe

Prawdziwy szok czekał jednak w środku. Fabryczne, proste tworzywa ustępowały miejsca materiałom, które kojarzą się raczej z salonami marek premium.

  • cała kabina obszyta naturalną skórą, od foteli po panele drzwi
  • liczne wstawki z lakierowanego, błyszczącego drewna
  • elementy z alcantary dodające miękkości i przytulności
  • ręcznie dopasowywane detale wykończeniowe, typowe dla rzemieślniczej pracy

Każdy egzemplarz przerabiano indywidualnie. Zamiast taśmy produkcyjnej był stół tapicerski i nadwozie stojące w warsztacie przez wiele godzin. Twingo, które wychodziło z Lecoq, nie przypominało auta spotykanego masowo pod blokiem. Bardziej pasowało do prywatnego garażu kolekcjonera lub kolekcji firmowej producenta.

Kontrast między pierwotnym charakterem Twingo a wersją Lecoq był tak duży, że wiele osób przy pierwszym kontakcie nie wierzyło, że ogląda zwykły miejski model przerobiony na luksusowy gadżet.

Mniej niż 50 sztuk. Tyle wystarczyło, by narodziła się legenda

Mimo zgody koncernu na realizację projektu, ten wariant Twingo nigdy nie wszedł do normalnej produkcji. Nie było katalogu z opcjami, konfiguratora ani cennika w salonach. Wszystko rozgrywało się na styku małego atelier i wąskiej grupy zamożnych klientów.

Szacunki mówią o mniej niż 50 egzemplarzach. Wszystkie były numerowane, a jedna z tych sztuk trafiła do kolekcji Renault Classic i bywa pokazywana na prestiżowych imprezach dla fanów motoryzacji, takich jak Rétromobile. To sygnał, że sam producent traktuje ten projekt jako ciekawą kartę w historii marki.

Ile kosztował taki kaprys w latach 90.

Przeróbka Twingo na wersję Lecoq była bardzo droga jak na segment miejskich aut. Same modyfikacje wyceniano na około 26 tysięcy franków francuskich, co odpowiada nieco poniżej 4 tysięcy euro. Dla porównania nowa Twingo w salonie kosztowała wtedy około 60 tysięcy franków, czyli w granicach 9–9,5 tysiąca euro.

Pozycja Kwota w frankach Przybliżona wartość w euro
Nowa Twingo w salonie ok. 60 000 ok. 9 000–9 500
Przeróbka na wersję Lecoq ok. 26 000 niecałe 4 000

W praktyce oznaczało to, że klient płacił dodatkowo niemal trzy czwarte ceny auta tylko za samą personalizację. To zupełnie inny poziom niż zwykły pakiet wyposażenia czy lepszy kolor lakieru. Mowa o podejściu typowym dla niszowych manufaktur motoryzacyjnych.

Dziś to pełnoprawny klasyk. Ile trzeba zapłacić za Twingo Lecoq

Po latach Twingo Lecoq przestała być ciekawostką, a stała się pełnoprawnym obiektem kolekcjonerskim. Rzadko pojawia się w ogłoszeniach, a gdy już to nastąpi, od razu wzbudza spore zainteresowanie wśród fanów rzadkich serii specjalnych.

Jeden z egzemplarzy niedawno pojawił się w ofercie specjalisty o nazwie Motors Corner. Auto ma zaledwie 45 tysięcy kilometrów przebiegu, aktualne badanie techniczne i wnętrze w charakterystycznej konfiguracji: skóra, drewno, tekstylia wysokiej jakości. Na desce rozdzielczej widnieje mosiężna tabliczka z numerem 8, podkreślająca limitowaną serię.

Ciekawostką w tym przypadku jest zastosowana skrzynia biegów. To wersja Easy, czyli półautomatyczna przekładnia bez klasycznego pedału sprzęgła. Dla części fanów to atut – typowy smaczek z lat 90. Dla innych minus, bo utrudnia w pełni „mechaniczne” wrażenia z jazdy.

Egzemplarze Twingo Lecoq potrafią kosztować około 20–25 tysięcy euro, co wielokrotnie przewyższa ceny zwykłych Twingo pierwszej generacji sprzedawanych za kilka tysięcy euro.

Dlaczego ktoś płaci tyle za luksusową wersję miejskiego malucha

Dla kolekcjonerów liczy się kilka elementów jednocześnie. Po pierwsze, ekstremalnie niska liczba wyprodukowanych egzemplarzy. Po drugie, ciekawa historia – projekt firmuje znane atelier z doświadczeniem w pracy nad elitarnymi klasykami. Po trzecie, duży dysonans między pierwotnym przeznaczeniem Twingo a tym, czym stała się po modyfikacjach.

Dla części osób to idealny youngtimer: mały, łatwy do przechowania, a przy tym oryginalny i natychmiast rozpoznawalny podczas zlotów. Taki samochód rzadko służy do codziennego jeżdżenia. Raczej do okazjonalnych przejażdżek w pogodny dzień albo do ekspozycji w prywatnej kolekcji.

Mała Twingo ciągle zaskakuje: od luksusowej serii do taniego elektryka

Historia wersji Lecoq ciekawie kontrastuje z tym, co producent planuje zrobić z Twingo dziś. Marka przygotowuje powrót tego modelu jako niewielkiego auta elektrycznego, nastawionego na rozsądną cenę i użytkowość w zatłoczonych miastach.

Na jednym biegunie mamy więc ultra rzadką serię z ręcznie szytym wnętrzem i ceną jak za limuzynę klasy średniej. Na drugim – nowoczesny, dostępny dla szerokiego grona użytkowników samochód na prąd, który ma być prosty w obsłudze i tani w eksploatacji.

Ta rozpiętość dobrze pokazuje, jak elastyczna potrafi być motoryzacja. Ten sam model, w zależności od wizji i odbiorcy, da się zamienić albo w kolekcjonerską zabawkę, albo w przyziemne narzędzie do codziennych dojazdów. Dla pasjonatów ważne jest, że obie te twarze Twingo zachowują wspólną cechę: oryginalność.

Dla polskich fanów klasyków taka historia może być inspiracją. Na rynku pojawia się coraz więcej rzemieślniczych projektów, w których warsztaty przerabiają popularne auta na bardziej dopieszczone, wystawowe egzemplarze. Zwykle zaczyna się od lepszych foteli, nietypowej tapicerki, dokładniejszego wygłuszenia. W skrajnych przypadkach kończy się na kompletnie zmienionym charakterze samochodu, tak jak w przypadku Twingo Lecoq.

Warto przy tym pamiętać, że takie przeróbki opłacają się głównie wtedy, gdy powstaje spójna, dobrze udokumentowana seria, a prace wykonuje firma o znanej renomie. Pojedyncze eksperymenty trudno sprzedać po latach za duże pieniądze. Natomiast dopracowany, rzadki projekt z historią ma szansę stać się dla kolejnych właścicieli nie tylko sympatycznym autem na weekend, ale i motoryzacyjną inwestycją.

Prawdopodobnie można pominąć