Mała Renault Twingo za cenę superauta. Co się dzieje w Miami?

Mała Renault Twingo za cenę superauta. Co się dzieje w Miami?
4.8/5 - (47 votes)

Niewielka miejská Renault Twingo z lat 90.

trafia do salonu w Miami i nagle kosztuje tyle, co porządne nowe auto.

Auto, które w Europie kojarzy się z pierwszymi jazdami po zdaniu prawa jazdy i ciasnymi parkingami pod hipermarketem, w Stanach Zjednoczonych staje się egzotycznym rarytasem. Wystawione obok Dodge’a Vipera czy Lamborghini, nagle zyskuje metkę „kolekcjonerskie” i cenę, która dla europejskiego kierowcy brzmi jak żart.

Renault Twingo wśród potworów z Miami

W jednym z dużych showroomów w Miami, należącym do sprzedawcy specjalizującego się w autach z wyższej półki, dzieje się coś, co dla europejskiego fana motoryzacji wygląda jak scenariusz alternatywnej rzeczywistości. W hali stoją klasyki i superauta: Dodge Viper, Porsche 911 w rzadkiej wersji SC Slantnose, Rolls-Royce Cullinan, Lamborghini Countach, Shelby Cobra, GMC Typhoon, BMW M3. Samochody, które zwykle ogląda się na plakatach i kanałach motoryzacyjnych.

Pomiędzy nimi wciśnięto skromną, zieloną Renault Twingo pierwszej generacji z 1996 roku. Nadwozie w charakterystycznym zielonym odcieniu, duży miękki dach otwierany, aluminiowe felgi, a w środku znane z lat 90. obłe kształty kokpitu i proste zegary. Przebieg przeliczony mniej więcej na 105 tysięcy kilometrów. Zadbane, porządnie wyczyszczone, sfotografowane jak gwiazda katalogu.

Ta niepozorna miejská Twingo w Miami została wyceniona na 20 tysięcy dolarów, czyli około 17 350 euro.

Na tle muskularnych potworów z ogromnymi silnikami wygląda jak żart. A jednak to właśnie ona przyciąga uwagę – i to nie tylko wyglądem, ale przede wszystkim ceną.

Cena jak z kosmosu z perspektywy Europy

W Europie Renault Twingo pierwszej generacji wciąż uchodzi za tanią, sympatyczną miejską puszkę. Na francuskich czy polskich portalach z ogłoszeniami egzemplarze z podobnym przebiegiem najczęściej mieszczą się poniżej 5 tysięcy euro. Samochód w dobrym stanie, bez większych napraw blacharskich, zwykle kosztuje około 4 tysięcy euro. Sztuki wymagające poprawek lakierniczych wycenia się na 2–2,5 tysiąca euro.

Na rynku youngtimerów zdarzają się lepiej utrzymane, droższe egzemplarze – niektóre firmy specjalizujące się w klasykach wystawiają pierwsze Twingo za około 6 tysięcy euro, mówimy tu o autach z połowy lat 90., często z przebiegiem przekraczającym 130 tysięcy kilometrów. Nadal są to jednak kwoty kilkukrotnie niższe niż wycena z Miami.

Rynek Stan auta Orientacyjna cena
Europa (zwykłe ogłoszenia) Dobry stan, ok. 100 tys. km ok. 4 000 euro
Europa (salon youngtimerów) Ładny egzemplarz, ok. 130 tys. km ok. 6 000 euro
Miami Zadbany egzemplarz, ok. 105 tys. km 20 000 dolarów (ok. 17 350 euro)

Różnica sięga więc nawet kilkuset procent. Z punktu widzenia europejskiego kierowcy, przyzwyczajonego do widoku Twingo jako starego, taniego mieszczucha, mówimy tu o cenie nieproporcjonalnej do realnej wartości auta. W Stanach Zjednoczonych w grę wchodzi jednak zupełnie inna logika.

Dlaczego pierwsze Twingo w USA kosztuje tak drogo

Klucz leży w tym, że Renault Twingo pierwszej generacji nigdy nie trafiło do amerykańskich salonów. Mimo że w Europie wyprodukowano ponad 2,5 miliona sztuk, rynek za oceanem pozostał dla tego modelu zamknięty. Niewielkie miejskie auto nie pasowało do strategii sprzedażowej koncernu na tamtym kontynencie, a w dodatku przepisy homologacyjne były inne niż w Europie.

Jedyna droga, by auto wylądowało w garażu amerykańskiego pasjonata, to import na własną rękę. I tu wchodzi w grę tak zwana „reguła 25 lat”. W Stanach Zjednoczonych można bez większych problemów sprowadzić zagraniczne auto dopiero po 25 latach od pierwszej rejestracji. Z tego powodu pierwsze Twingo z 1993 roku stały się legalne do importu dopiero w 2018 roku, a rocznik 1996 dopiero od 2021 roku.

Przez lata Twingo było dla kolekcjonerów zza oceanu fizycznie nieosiągalne, co zbudowało wokół niego aurę niemal zakazanego owocu.

Efekt to praktycznie pusty rynek. Pojedyncze sztuki, które już dotarły do Stanów, traktuje się jak egzotyki. W Chicago zauważono na przykład stare, mocno poobijane Twingo z 1993 roku, z przebiegiem około 74 tysięcy kilometrów. Mimo fatalnego stanu i widocznych uszkodzeń, auto wystawiono za mniej więcej 2 tysiące dolarów. W warunkach europejskich podobny wrak często trafia po prostu na złom.

Północna Ameryka i rosnące ceny małych klasyków

Podobna historia rozgrywa się w Kanadzie. W Quebecu pojawiła się oferta sprzedaży pierwszego Twingo z 1993 roku za około 15 tysięcy dolarów kanadyjskich. Kwota zdecydowanie zbyt wysoka, jeśli zestawi się ją z realną wartością tego modelu w Europie, ale szokująca tylko dla kogoś patrzącego z europejskiej perspektywy.

Dla północnoamerykańskiego pasjonata liczy się coś innego: nie ma drugiej takiej sztuki za rogiem. Auto jest już na miejscu, ktoś przeszedł całą biurokratyczną drogę, zatroszczył się o transport z Europy, uregulował sprawy związane z cłem i lokalną homologacją. Do tego dochodzi marża sprzedawcy, który ryzykuje pieniądze, importując niszowe auto, na które musi dopiero znaleźć odpowiedniego klienta.

Co naprawdę kosztuje 20 tysięcy dolarów

Kwota 20 tysięcy dolarów w Miami obejmuje dużo więcej niż tylko omawianą Twingo z 1996 roku. Trzeba doliczyć:

  • zakup samochodu w Europie, najczęściej u specjalistycznego sprzedawcy,
  • transport do portu i załadunek na statek,
  • fracht morski do Stanów Zjednoczonych,
  • opłaty celne i podatkowe po stronie amerykańskiej,
  • koszty dostosowania do lokalnych przepisów,
  • przygotowanie auta do sprzedaży i marketing (profesjonalne zdjęcia, ekspozycja wśród superaut),
  • marżę dealera, który liczy na zysk z egzotycznej oferty.

Dochodzi jeszcze jeden, często pomijany aspekt: dostępność części. Twingo nie było sprzedawane oficjalnie, więc baza zamienników i mechaników znających ten model praktycznie nie istnieje. Naprawy wymagają zamawiania części z Europy, czasem na indywidualne zamówienie, co zwiększa poziom ryzyka. Dla kolekcjonera to element gry: kupuje się nie tylko samochód, ale również specyficzne wyzwanie logistyczne.

Jak zwykła miejska żabka staje się kolekcjonerskim gadżetem

Renault Twingo z pierwszej serii w Europie wzbudza uśmiech głównie z sentymentu. Wielu kierowców pamięta charakterystyczną „żabkowatą” buzię z zaokrąglonymi reflektorami, kolorowe tapicerki i prostotę obsługi. To auto, które parkowało pod blokami, woziło studentów na uczelnię i robiło zakupy na osiedlu.

Za oceanem działa natomiast czynnik egzotyki. Dla Amerykanina przyzwyczajonego do ogromnych pickupów, dużych SUV-ów i muskularnych coupé, malutkie Twingo staje się czymś na granicy żartu, modnego gadżetu i kolekcjonerskiego obiektu. Może służyć jako auto na weekendowe przejażdżki po mieście, przyciągać spojrzenia na zlotach importowanych klasyków albo uzupełniać garaż kogoś, kto ma już całe portfolio superaut i szuka czegoś kompletnie innego.

W oczach kolekcjonera liczy się efekt „ale co to w ogóle jest?” – a Twingo z lat 90. zapewnia go w stu procentach.

Również moda na tzw. youngtimery gra tu ważną rolę. Coraz więcej osób szuka aut z dzieciństwa, prostych, pozbawionych wyszukanej elektroniki, z charakterem, ale jeszcze nie na tyle starych, by wymagały kompletnej renowacji. Dla Amerykanina urodzonego w latach 80. czy 90. Twingo może symbolizować europejskie ulice znane z filmów i seriali, coś w rodzaju ruchomej pamiątki z innej kultury.

Co ta historia mówi o rynku klasyków

Przypadek Twingo w Miami dobrze pokazuje, jak bardzo lokalny potrafi być rynek samochodów z duszą. Auto, które w jednym kraju uchodzi za tani i zupełnie zwyczajny środek transportu, w innym staje się obiektem pożądania i osiąga nieporównywalnie wyższe ceny. Kluczowe są: rzadkość, bariery importowe, egzotyka oraz emocje kolekcjonerów.

Dla osób w Polsce i w Europie to też pewien sygnał: auta, które dziś wydają się niewiele warte, za kilka lub kilkanaście lat mogą zmienić status. Dotyczy to zwłaszcza modeli charakterystycznych stylistycznie, związanych z konkretną epoką i łatwo rozpoznawalnych. Pierwsze Twingo idealnie wpisuje się w tę kategorię – jest jednoznacznie kojarzone z latami 90. i ma w sobie coś z zabawki na kołach.

Osoby myślące o inwestowaniu w młode klasyki powinny patrzeć szerzej niż tylko na krajowe ogłoszenia. Rynki, na których dany model jest egzotyczny lub wręcz niedostępny, potrafią nadawać mu zupełnie inną wartość. Nie zawsze oznacza to oczywiście złoty interes – import to koszty, czas i stres – ale mechanizm widoczny w Miami prędzej czy później może dotyczyć także innych, pozornie zwyczajnych samochodów z polskich ulic.

Prawdopodobnie można pominąć