„Kradniemy pod budżet”: jak sprytni klienci oszukują supermarkety

„Kradniemy pod budżet”: jak sprytni klienci oszukują supermarkety
Oceń artykuł

Rosnące ceny pchają część ludzi do granicy prawa, a w marketach pojawiają się coraz bardziej wyrafinowane sposoby kradzieży.

Telewizyjny reportaż z dużej sieci handlowej pokazał, jak osoby żyjące na skraju biedy planują kradzieże z taką dokładnością, jak inni planują zakupy w promocji. To już nie spontaniczne „wezmę batonika”, ale zimna kalkulacja, budżet i zestaw wypracowanych trików.

Kradzież zamiast kolacji: kiedy brakuje na podstawowe jedzenie

Według danych francuskich stowarzyszeń handlowców, w 2024 roku ponad osiem na dziesięć sklepów zgłosiło przypadki kradzieży. Skala problemu rośnie z roku na rok, a za liczbami stoją bardzo konkretne twarze. W reportażu pojawiają się dwie młode kobiety, które regularnie wynoszą jedzenie ze znanego hipermarketu w Marsylii.

Jedna z nich ma około 30 lat i utrzymuje się z zasiłku dla osób z niepełnosprawnościami. Druga, 23-latka, łapie się co jakiś czas dorywczych prac i pośrednich umów, a między nimi wpada w okresy bezrobocia. Gdy obie zapłacą czynsz, zostaje im około 300 euro na cały miesiąc. Z tych pieniędzy mają zorganizować jedzenie, środki higieniczne, bilety, wszystko.

Opisują, że próbowały żyć uczciwie, odkładać na zakupy, polować na promocje. W pewnym momencie w lodówce zaczynało być kompletnie pusto. Wtedy przestawiły się na inny sposób „zarządzania końcówką miesiąca”: część produktów biorą legalnie, resztę – jak same mówią – „organizują” z półek bez płacenia.

Według bohaterek reportażu kradzież nie jest dla nich „sportem” ani buntem, ale brutalnym sposobem przetrwania, gdy w portfelu zostaje kilkanaście euro.

Co dokładnie ginie z półek: nie luksusy, a codzienne produkty

Obraz typowego złodzieja sklepowego wciąż kojarzy się wielu osobom z kimś, kto wynosi drogie alkohole, kosmetyki premium czy elektronikę. W przypadku opisanym w programie chodzi przede wszystkim o jedzenie, i to jak najbardziej podstawowe.

Kobiety mówią wprost: zabierają „to, co konieczne”. Na ich liście są przede wszystkim:

  • warzywa i owoce,
  • pieczywo,
  • podstawowe produkty do gotowania na kilka dni,
  • czasem nabiał czy wędlina, ale raczej z tańszej półki.

Nie celują w modne artykuły, drogie sery czy egzotyczne owoce. Starają się tak kompletować koszyk, by z produktów dało się ułożyć posiłki na kilka dni. W ich logice luksusem jest to, że nie muszą wybierać między obiadem a śniadaniem.

Planowanie kradzieży „pod budżet” – jak to działa

Najbardziej uderzające w ich historii jest to, jak bardzo metodycznie podchodzą do kradzieży. Zanim w ogóle wejdą do marketu, ustalają kwotę, którą są w stanie legalnie wydać. Reszta zakupów od początku wpisana jest w „szarą strefę”.

Można to opisać niemal jak prostą tabelę finansową:

Element planu Cel
Kwota, którą rzeczywiście mają w portfelu Limit na część koszyka, za którą zapłacą
Lista rzeczy „do zapłaty” Stworzenie wrażenia zwykłych zakupów przy kasie
Lista rzeczy „do wyniesienia” Uzupełnienie braków w jedzeniu tak, by starczyło do końca miesiąca
Obserwacja sali sprzedaży Ocena ryzyka, liczby ochroniarzy i kolejek

Kobiety przyznają, że wybierają produkty do kradzieży właśnie „w zależności od budżetu”. Nie stać ich na pełen koszyk, więc dzielą zakupy na dwie kategorie: te opłacone i te „do zabrania”. To nie spontaniczna decyzja przy półce, tylko zaplanowana strategia przed wyjazdem do sklepu.

Obserwacja sklepu: kiedy wejść, do której kasy podejść

Drugim filarem jest drobiazgowa obserwacja warunków w sklepie. Zanim w ogóle zaczną wkładać coś do koszyka, sprawdzają, jak wygląda obsada kas i ochrona.

Zwracają uwagę m.in. na:

  • która kasjerka bywa podejrzliwa lub ich nie lubi,
  • gdzie stoi ochroniarz i jak często zmienia miejsce,
  • czy przy kasach tworzą się kolejki,
  • czy na sali jest dużo klientów, którzy rozpraszają uwagę personelu.

Według ich relacji najmniej ryzykowny jest moment, gdy przy kasach jest lekki tłok. Ochrona musi wtedy patrzeć na kilka stanowisk naraz, a kasjerki skupiają się na szybkim skanowaniu towarów, nie na dokładnym analizowaniu każdego klienta.

Ich logika jest prosta: im więcej osób w kolejce, tym mniejsza szansa, że ktoś przyjrzy się akurat ich paragonowi i zawartości torby.

Sprytna sztuczka „jeden kupiony, drugi wyniesiony”

Centralnym elementem ich sposobu działania jest trik, który same opisują jako „kupuję jeden, biorę drugi”. Chodzi o to, by przy ewentualnej kontroli móc pokazać, że dany produkt faktycznie widnieje na paragonie.

Scenariusz wygląda zwykle tak:

  • Biorą dwa identyczne produkty z półki, np. dwie paczki makaronu.
  • Jedną wkładają do koszyka „na wierzch”, drugą chowają głębiej, często między innymi rzeczami.
  • Przy kasie kładą na taśmę tylko jedną paczkę. Druga, niezeskanowana, przejeżdża jako część ogólnego bagażu.
  • W razie kontroli mogą powiedzieć: „przecież mam to na paragonie, musiała zajść pomyłka przy skanowaniu”.
  • Dzięki temu wyglądają bardziej jak zwyczajne klientki, które zrobiły drobny błąd przy wykładaniu towaru, niż jak osoby, które celowo usiłują coś wynieść. Taki „produkt alibi” pomaga im zmniejszyć ryzyko konfrontacji z ochroną.

    Dlaczego taka metoda działa na ochronę

    Pracownik sklepu ma ograniczony czas na każdą interwencję. Gdy widzi, że produkt rzeczywiście widnieje na paragonie, często rezygnuje z dalszej kontroli, bo trudno mu udowodnić, że klient włożył do torby dwie sztuki zamiast jednej.

    Kradzież staje się więc rozmyta, trudna do jednoznacznego uchwycenia. W raportach sklepu figuruje jako „pomyłka przy kasie” albo w ogóle nie pojawia się jako odrębne zdarzenie.

    Supermarkety zaostrzają kurs, a koszty wracają do uczciwych klientów

    Rosnąca fala kradzieży sprawia, że sieci handlowe inwestują w nowe systemy zabezpieczeń: dodatkowe kamery, ochroniarzy, bramki przy wyjściu, analizę obrazu opartą na AI. Każda taka inwestycja kosztuje, a te koszty finalnie przenoszą się na ceny produktów.

    To z kolei napędza błędne koło. Gdy żywność drożeje, część osób jeszcze mocniej zaciska pasa. Dla niewielkiej, ale zauważalnej grupy granica między „kombinowaniem” a jawna kradzieżą zaczyna się zacierać. Tłumaczą sobie, że płacą już „za wszystko za drogo”, więc drobne wyniesienie kilku rzeczy jest formą wyrównania rachunków.

    Ekonomiści zwracają uwagę, że spirala kradzieży i rosnących zabezpieczeń uderza ostatecznie w większość uczciwych klientów, którzy płacą wyższe ceny.

    Między przetrwaniem a odpowiedzialnością: pytania bez prostych odpowiedzi

    Historie takie jak ta z Marsylii zawsze budzą emocje. Z jednej strony jest człowiek, który po opłaceniu rachunków nie ma za co kupić jedzenia i wybiera drogę niezgodną z prawem. Z drugiej strony stoją drobni i więksi przedsiębiorcy, którzy realnie tracą – czasem tyle, że ich biznes balansuje na granicy opłacalności.

    Pojawia się też wątek odpowiedzialności państwa i systemu socjalnego. Czy zasiłki i formy wsparcia są na tyle wysokie, by zapewnić godne minimum? Czy polityka cenowa sieci i producentów daje jakąkolwiek możliwość tańszego, ale wciąż sensownego odżywiania się? Te pytania wracają przy każdym raporcie o kradzieżach żywności.

    Warto przy tym pamiętać, że kradzież z premedytacją pozostaje przestępstwem. Nawet jeśli ktoś tłumaczy się biedą, sprawa w sądzie potrafi skończyć się grzywną, pracami społecznymi, a w skrajnych przypadkach – karą więzienia. Dla osoby już wykluczonej z rynku pracy taki wpis w kartotece jeszcze mocniej zamyka drogę do legalnego zarobku.

    Z drugiej strony organizacje pomocowe pokazują zupełnie inną ścieżkę: banki żywności, jadłodzielnie, darmowe lodówki osiedlowe, programy dla rodzin o niskich dochodach. Tam też jest planowanie i logistyka, ale bez konieczności oszukiwania kas i personelu. Im więcej osób zna te rozwiązania i z nich korzysta, tym mniejsza presja na „sprytne” sposoby radzenia sobie z pustym portfelem w supermarkecie.

    Prawdopodobnie można pominąć