Japońska wyspa pozbyła się 131 kotów. Ptaki wróciły w niesamowitej liczbie

Japońska wyspa pozbyła się 131 kotów. Ptaki wróciły w niesamowitej liczbie
Oceń artykuł

Na odległym japońskim archipelagu niemal wymarły ptak wrócił w zaskakującym tempie, gdy człowiek usunął jednego, kluczowego drapieżnika.

Jeszcze dwie dekady temu ornitolodzy obawiali się, że go całkowicie stracą. Dziś liczba tych kolorowych ptaków rośnie, a naukowcy zyskują rzadką szansę, by z bliska prześledzić, jak geny i dobrze zaplanowana interwencja potrafią odwrócić losy zagrożonego gatunku.

Wyspy Ogasawara: raj na końcu Japonii i dramat dla ptaków

Archipelag Ogasawara leży ponad tysiąc kilometrów na południe od Tokio. To kilkanaście małych, górzystych wysp na Pacyfiku, porośniętych gęstymi, wilgotnymi lasami. Z powodu izolacji natura ułożyła tam własne reguły – wiele roślin i zwierząt nie występuje nigdzie indziej na Ziemi.

Jednym z takich endemitów jest gołąb o czerwonej głowie, rzadka odmiana gołębia japońskiego. Przez stulecia świetnie radził sobie w leśnym gąszczu. Sytuacja zaczęła się zmieniać w XIX wieku, wraz z osadnictwem, wycinaniem lasów i sprowadzaniem zwierząt domowych. Z czasem część kotów uciekła lub została porzucona, zdziczała i przeszła na tryb życia skutecznych drapieżników.

Dla ptaków lęgowych to katastrofa. Koty szybko nauczyły się wyszukiwać gniazda na krzewach i niskich drzewach. Jaja i pisklęta stawały się łatwym łupem.

Na początku lat 2000 na jednej z głównych wysp, Chichijima, naliczono już tylko około 80 dorosłych gołębi o czerwonej głowie. Dla tak niewielkiej populacji każdy sezon lęgowy był walką o przetrwanie gatunku.

Trzy lata, 131 kotów i nagła zmiana trendu

Kiedy stało się jasne, że ptak zniknie, jeśli nic się nie zmieni, japońskie władze i naukowcy zdecydowali się na zdecydowany ruch. W 2010 roku ruszył program wyłapywania zdziczałych kotów na Ogasawarze. Zastosowano pułapki i monitoring, by ograniczyć liczbę drapieżników przy minimalnym chaosie w ekosystemie.

W ciągu trzech lat odłowiono łącznie 131 kotów. Na mapie działań to stosunkowo niewielka liczba, ale na niewielkiej wyspie przełożyło się to na wyraźne odciążenie lęgów ptaków. Jaja przestały znikać w takim tempie, a młode częściej dożywały dorosłości.

Już pod koniec 2013 roku badacze policzyli na Chichijimie 966 dorosłych gołębi o czerwonej głowie oraz 189 młodych. Z kilkudziesięciu sztuk do prawie tysiąca osobników w zaledwie kilka lat – to tempo, którego nikt się tam nie spodziewał.

Eksperci, którzy wcześniej szykowali się na scenariusz wymarcia, nagle stanęli przed przeciwnym zjawiskiem: ekspresową odbudową populacji gatunku wpisanego na listę skrajnie zagrożonych.

Genetyczna łamigłówka: wysoka „współkrewność”, mało wad

Sama redukcja liczby drapieżników nie tłumaczyła tak spektakularnego powrotu. Zespół naukowców z uniwersytetu w Kioto postanowił więc przyjrzeć się genom gołębia. Zbadano materiał genetyczny osobników żyjących na wolności oraz tych wychowanych w niewoli.

Wynik zaskoczył nawet doświadczonych genetyków. Ponad 80 procent genomu tych ptaków było jednorodne – drogi matki i ojca praktycznie się nie różniły. W praktyce oznacza to bardzo wysoki poziom spokrewnienia w obrębie populacji, utrzymujący się od wielu pokoleń.

W klasycznym podręczniku biologii taki wynik to czerwone światło: duża szansa na wady rozwojowe, problemy zdrowotne i spadek płodności. Tymczasem japoński gatunek wpadł w coś w rodzaju ewolucyjnego „tunelu oczyszczającego”.

Analizy wykazały, że w genomie gołębia o czerwonej głowie jest zaskakująco mało szkodliwych mutacji – i to nawet w porównaniu z częściej spotykanym gołębiem japońskim. Wielopokoleniowe krzyżowanie w małej populacji doprowadziło do tego, że część groźnych zmian genetycznych po prostu wypadła z puli.

Taki proces nazywa się czasem „purgą genetyczną”. Słabe, obciążone osobniki mają mniejsze szanse na pozostawienie potomstwa, a po wielu pokoleniach w populacji zostają głównie linie radzące sobie mimo wysokiego stopnia spokrewnienia.

Mała populacja, a mimo to zaskakująco stabilna

W badaniach sprawdzono też długość życia ptaków hodowanych w ośrodkach. Statystyka nie pokazała, by wysoki poziom pokrewieństwa skracał im życie czy zwiększał ryzyko chorób. To odwraca zwykłe myślenie o „chowie wsobnym”, kojarzonym na ogół z problemami zdrowotnymi.

Naukowcy podkreślają przy tym, że nie jest to przepis uniwersalny. Populacja musiała przez długi czas pozostać na tyle stabilna, by proces stopniowego „wypychania” złych mutacji mógł się w ogóle wydarzyć. Archipelag Ogasawara dał ptakom właśnie taką szansę – izolacja, brak wielkich wahań liczebności przez setki lat i specyficzna historia zasiedlenia wysp przygotowały grunt pod obecną odporność.

Co ten ptak zmienia w myśleniu o ochronie przyrody

Przez dziesięciolecia instytucje zajmujące się ochroną gatunków opierały swoje decyzje na stosunkowo prostym założeniu: im mniejsza populacja, tym większe ryzyko utraty różnorodności genetycznej i katastrofalnych mutacji. Próg bezpieczeństwa liczono w setkach czy tysiącach osobników.

Historia gołębia z Ogasawary pokazuje, że przyroda nie zawsze trzyma się prostych schematów. Na niektórych wyspach małe populacje trwają przez stulecia, dostosowując się do izolacji. W takich warunkach spokrewnione osobniki nie muszą oznaczać końca gatunku, a wręcz mogą pomóc „przepalić” najbardziej niebezpieczne zmiany w DNA.

Dlatego coraz więcej biologów postuluje, by przy projektowaniu programów ochrony brać pod uwagę nie tylko bieżącą liczebność, ale też długoterminową historię i „profil genetyczny” danego gatunku. Przykłady z innych części globu wskazują, że podobne mechanizmy mogły zadziałać chociażby u niektórych wyspiarskich lisów czy małych ptaków z Oceanu Indyjskiego.

Ogasawara pokazuje, że dobrze wymierzona akcja – w tym przypadku usunięcie konkretnego drapieżnika – może radykalnie zmienić perspektywę gatunku, jeśli jego geny wcześniej „odrobiły pracę domową”.

Dlaczego nie każde zagrożone zwierzę zareaguje tak samo

Nie wszystkie gatunki mają taką „poduszkę bezpieczeństwa” w DNA. Są ptaki, które startowały z całkiem sporą różnorodnością genetyczną, a mimo to nie potrafią się odbudować, nawet przy kosztownych i długotrwałych działaniach ochronnych. Różnice mogą wynikać z innych typów mutacji, historii populacji czy presji środowiskowej.

Dla praktyków ochrony przyrody oznacza to konieczność bardziej szytego na miarę podejścia. Zanim zapadnie decyzja o przenoszeniu osobników, krzyżowaniu między populacjami czy masowej reintrodukcji, coraz częściej wykonuje się szczegółowe analizy genomu. Czasem lepszym ruchem jest ochrona istniejącej, mocno „skompresowanej” puli genów, zamiast ingerowania w nią za wszelką cenę.

Co przeciętny czytelnik może z tego wynieść

Historia z japońskich wysp może wydawać się egzotyczna, ale świetnie ilustruje kilka prostych praw natury, które dotyczą także znanych z Europy czy Polski gatunków. Drapieżniki wprowadzone przez człowieka, wycinanie lasów czy porzucanie zwierząt domowych mają bardzo wymierne skutki, często widoczne dopiero po latach.

  • każdy nowy drapieżnik wprowadzony na wyspę łatwo wywraca lokalne równowagi,
  • pozornie niewielkie działania (kilkadziesiąt czy sto osobników mniej) mogą zmienić losy całej populacji ptaków,
  • genetyka nie zawsze podąża za naszymi prostymi wyobrażeniami o „zdrowych” i „chorych” populacjach.

Dla osób śledzących informacje o przyrodzie wartością tej historii jest też pewna dawka ostrożnego optymizmu. Nawet bardzo mała grupa zwierząt, która przypomina bardziej ostatnie iskry niż pełnowymiarową populację, czasami ma szansę wrócić, jeśli dostanie chwilę oddechu od presji, którą wywołał człowiek.

W praktyce oznacza to, że szybkie, dobrze uzasadnione akcje – ograniczenie liczby kotów w jednej dzielnicy, zabezpieczenie kilku kluczowych miejsc lęgowych, wyłączenie z zabudowy fragmentu lasu – mogą mieć skutki sięgające daleko w przyszłość. Warunek jest jeden: trzeba wcześniej wiedzieć, jak wygląda sytuacja konkretnego gatunku, zarówno w terenie, jak i w jego genach. Dopiero połączenie tych dwóch perspektyw daje realną szansę, że wysiłek ochronny zadziała tak spektakularnie, jak na Ogasawarze.

Prawdopodobnie można pominąć