Przeczytałam skład „fit” jogurtów. Teraz omijam ten regał szerokim łukiem
Obiecywały lżejszą sylwetkę i zero wyrzutów sumienia.
Wystarczyło dokładnie przeczytać etykiety, żeby apetyt na jogurty „fit” wyparował.
Historia zaczyna się niewinnie: szybkie zakupy po pracy, ręka z przyzwyczajenia sięga po kolorowe kubeczki z napisem „light”, „0% tłuszczu”, „bez dodatku cukru”. Tym razem zamiast wrzucić je bezrefleksyjnie do koszyka, ktoś faktycznie czyta skład. I nagle z prostego deseru robi się mała lekcja chemii.
„Odchudzony” jogurt nie zawsze ma coś wspólnego ze zdrowiem
W marketach półki uginają się od jogurtów reklamowanych jako lżejsze, dietetyczne, idealne po wakacjach. Hasła na froncie opakowania brzmią jak spełnienie marzeń: mniej tłuszczu, mniej kalorii, brak dodanego cukru. Problem zaczyna się z tyłu, tam gdzie drobnym drukiem wypisano skład.
Przeczytaj również: Odchudzanie bez męczarni na siłowni: ten prosty trik z talerzem działa lepiej niż godziny cardio
Jogurt „odchudzony” często traci prostotę, a zyskuje listę dodatków, które w normalnym jogurcie w ogóle nie są potrzebne.
Usunięcie części tłuszczu oznacza, że producent musi jakoś uratować smak i konsystencję. Zamiast klasycznego połączenia mleka i bakterii pojawia się cała mieszanka zamienników, które mają udawać naturalną kremowość.
Kalorii trochę mniej, ale skład jak z laboratorium
Tradycyjny jogurt naturalny to zwykle dwa składniki: mleko i żywe kultury bakterii. Czasem odrobina śmietanki. W wersji „fit” robi się z tego zestaw na pół etykiety. Zamiast tłuszczu pojawiają się:
Przeczytaj również: Ta niedoceniana ryba bije dorsza. Minimalna rtęć, samo zdrowie
- zagęstniki i stabilizatory, żeby masa nie była wodnista,


