Bezdomny prosił o drobne przed sklepem. Dostał etat i nową szansę

Bezdomny prosił o drobne przed sklepem. Dostał etat i nową szansę
Oceń artykuł

Miesiącami siedział pod popularnym dyskontem i prosił klientów o parę monet.

Dziś zakłada firmową koszulkę, odbija kartę i idzie do pracy.

Historia 41-letniego Ronny’ego z miejscowości Launaguet na północy aglomeracji Tuluzy poruszyła francuskie media. Mężczyzna, który przez długi czas żył na ulicy i żebrał przed sklepem, w którym teraz pracuje, dostał umowę na czas nieokreślony i realną szansę na wyjście z bezdomności.

Od kartonu pod sklepem do etatu na kasie

Ronny pojawiał się przed tym samym marketem praktycznie codziennie. Siedział pod wejściem, nie był nachalny, po prostu prosił o drobne. Dla wielu klientów stał się stałym elementem krajobrazu – kojarzyli jego twarz, jego spokojne „dzień dobry”, jego prośbę o kilka eurocentów.

Przez długie miesiące nic się nie zmieniało. Ten sam chłód zimą, ten sam upał latem, ta sama niepewność, gdzie spędzi noc. Przełom nadszedł w chwili, która z boku wyglądała na zupełnie zwyczajną.

Ronny opowiada, że któregoś dnia po prostu wszedł do środka i zostawił swoje CV w punkcie obsługi klienta. Zrobił to bez wielkich nadziei, ale z poczuciem, że gorzej już nie będzie.

Dokument trafił na biurko dyrektorki sklepu. Kobieta kojarzyła go z widzenia – wiedziała, że od miesięcy siedzi przed wejściem. Mogła odłożyć CV na bok i przejść nad tym do porządku dziennego. Zamiast tego poprosiła przełożonych o zgodę na zatrudnienie i postanowiła dać mu szansę.

Nowe obowiązki: porządek na sali, czyste alejki, czasem kasa

Dziś Ronny nie siedzi już na chodniku. Wkłada robocze ubranie i zaczyna dzień jako pełnoprawny pracownik. Ma umowę na czas nieokreślony, czyli to, o czym wielu pracowników handlu może tylko marzyć.

Na co dzień zajmuje się kilkoma podstawowymi zadaniami w sklepie:

  • układanie towaru na półkach i dbanie o porządek w alejkach,
  • sprzątanie sali sprzedaży i zaplecza,
  • w razie potrzeby siadanie na kasie i obsługa klientów.

Z relacji wynika, że traktuje te obowiązki niezwykle serio. Pojawia się punktualnie, dba o rzetelne wykonanie zadań, nie szuka wymówek. Chce udowodnić zarówno sobie, jak i innym, że potrafi pracować jak każdy inny zatrudniony.

Ronny podkreśla, że bardzo zależy mu na tym, aby być zawsze na czas i nie opuszczać pracy bez powodu. Etat jest dla niego zbyt cenny, by ryzykować jego utratę.

Nadal śpi w namiocie. Dyrektorka walczy, by miał dach nad głową

Mimo stałej umowy i regularnej pensji życie Ronny’ego wcale nie jest proste. Po wyjściu z pracy nie wraca do mieszkania ani nawet do schroniska. Noc spędza w namiocie rozstawionym w opuszczonym zakątku przy zrujnowanej nieruchomości.

Dyrektorka sklepu, która zdecydowała się go zatrudnić, nie kryje oburzenia sytuacją. W rozmowach z mediami zwraca uwagę, że w jej ocenie osoba gotowa do pracy i wykazująca się taką determinacją nie powinna lądować w kartonach czy namiocie.

Szefowa sklepu mówi wprost: nie rozumie, jak to możliwe, że w nowoczesnym społeczeństwie ktoś pracuje na etacie, a wieczorem wraca pod płachtę materiału zamiast do normalnego lokum.

Teraz, poza codziennym zarządzaniem sklepem, angażuje się też w pomoc swojemu pracownikowi. Kontaktuje się z lokalnymi instytucjami, szuka rozwiązań w systemie mieszkań socjalnych, próbuje zainteresować sprawą odpowiednie organizacje. Jej celem jest znalezienie stabilnego, choćby niewielkiego mieszkania, w którym Ronny mógłby wreszcie normalnie odpocząć i się umyć po pracy.

Dlaczego znalezienie mieszkania jest tak trudne

Przypadek Ronny’ego dobrze pokazuje bariery, z jakimi zmagają się osoby wychodzące z bezdomności. Nawet jeśli udaje im się zdobyć zatrudnienie, droga do normalnego życia bywa wyboista. Wynajęcie pokoju czy kawalerki zazwyczaj wymaga:

  • stałego dochodu i udokumentowanych wpływów z kilku miesięcy,
  • gwaranta lub kaucji, której często brakuje,
  • historii najmu bez zadłużeń,
  • adresu korespondencyjnego, którego osoby w kryzysie po prostu nie mają.

Dla właścicieli mieszkań ktoś, kto jeszcze niedawno spał na ulicy, bywa kandydatem „wysokiego ryzyka”. To sprawia, że nawet uczciwa praca i umowa nie gwarantują szybkiego znalezienia dachu nad głową.

Jedno miejsce pracy, dwie zupełnie różne perspektywy

Historia z Launaguet nieraz przewija się w komentarzach jako dowód na to, jak wiele zależy od pojedynczych decyzji. Z jednej strony jest duża sieć handlowa, procedury, cele sprzedażowe, rotacja pracowników. Z drugiej – dyrektorka konkretnego sklepu, która postanawia spojrzeć na człowieka siedzącego pod drzwiami jak na potencjalnego pracownika, a nie tylko na problem wizerunkowy.

W takich sytuacjach zwykle działa prosty mechanizm: ludzie mijają osobę bezdomną, czasem wrzucą drobne, czasem odwrócą wzrok. Tu scenariusz potoczył się inaczej. Najpierw było CV złożone niemal od niechcenia, później rozmowa, decyzja o zatrudnieniu i formalności z centralą sieci.

Przed zatrudnieniem Po zatrudnieniu
żebranie przed sklepem pełny etat w markecie
brak stałego dochodu regularna pensja co miesiąc
spanie na ulicy w improwizowanych miejscach nadal namiot, ale z realną szansą na mieszkanie
brak perspektyw zawodowych szansa na rozwój w strukturach sieci

Co ta historia mówi o pracy i bezdomności

Ronny pokazał, że nawet z bardzo trudnej sytuacji można zrobić krok do przodu, jeśli znajdzie się choć jedna osoba gotowa zaufać. Nie oznacza to, że każdy, kto żyje na ulicy, po prostu „wystarczy, że zaniesie CV”. Część osób zmaga się z uzależnieniem, chorobami psychicznymi, traumą, zadłużeniem. Bez wsparcia specjalistów samo zatrudnienie może nie wystarczyć.

Z perspektywy firm ta historia stawia inne pytanie: ilu potencjalnych pracowników mija się codziennie przed wejściem, w przejściu podziemnym, na dworcu? W realiach rynku, gdzie wiele przedsiębiorstw narzeka na braki kadrowe, szersze otwarcie się na osoby w kryzysie może być korzystne dla obu stron, jeśli towarzyszy temu rozsądne wsparcie społeczne.

Warto też pamiętać, że praca dla kogoś takiego jak Ronny to nie tylko wypłata. To również rytm dnia, kontakt z ludźmi, poczucie sprawczości i zwykłej dumy z tego, że jest się potrzebnym. Nawet jeśli po wyjściu z pracy czeka nadal namiot, fakt posiadania etatu zmienia podejście do samego siebie.

Dla polskich czytelników historia z Francji może brzmieć znajomo. W wielu miastach widać podobne sceny: te same twarze pod lokalnymi dyskontami, te same spojrzenia, ten sam odruch sięgnięcia po drobne w kieszeni. Przykład z Launaguet pokazuje, że czasem między „klientem” a „bezdomnym pod sklepem” jest tylko kilka rozmów, trochę papierów i jedna odważna decyzja kadrowa.

Prawdopodobnie można pominąć