Usunięto 131 kotów z wysp. Naukowcy przecierają oczy, co stało się z rzadkimi gołębiami
Na japońskim archipelagu Ogasawara doszło do eksperymentu, który miał uratować ginącego ptaka.
Efekt przerósł najśmielsze prognozy biologów.
Władze przyrodnicze postanowiły usunąć ze słabo zaludnionych wysp wszystkie bezdomne koty. Dla mieszkańców był to kontrowersyjny plan, dla naukowców – rozpaczliwa próba ratunku dla jednego z najrzadszych gołębi na Ziemi. Kilka lat później badacze sprawdzili, co dzieje się z ptakami, i zobaczyli scenariusz, którego niemal nikt nie brał pod uwagę.
Mały archipelag, wielka stawka: co tak naprawdę się wydarzyło
Ogasawara to odległe, oceaniczne wyspy należące do Japonii. To miejsce, gdzie każda ingerencja człowieka w przyrodę odbija się wyjątkowo mocno. Przez lata trafiały tam domowe koty, które z czasem zaczęły żyć dziko i polować na wszystko, co mniejsze i wolniejsze.
Ofiarą stał się między innymi gołąb o czerwonej głowie, endemiczny gatunek występujący tylko na tych wyspach. Jeszcze niedawno biolodzy obawiali się, że ptaki znikną dosłownie w ciągu jednego czy dwóch pokoleń. Ostatnie liczenia wykazały zaledwie nieco ponad setkę dorosłych osobników.
Dlatego zdecydowano się na radykalny projekt: złapanie i usunięcie wszystkich bezdomnych kotów z obszarów najważniejszych dla przetrwania ptaków. Łącznie chodziło aż o 131 zwierząt. Dla wielu osób brzmiało to brutalnie, lecz dla specjalistów od ochrony przyrody była to jedyna realna szansa na zatrzymanie spirali wymierania.
Akcja odłowu kotów otworzyła rzadkim gołębiom okno oddechu od drapieżników. Właśnie w tej krótkiej chwili wytchnienia przyroda pokazała, jaką ma zdolność odbudowy.
Od kilkudziesięciu do setek ptaków w trzy lata
Kluczowe dane, opublikowane w czasopiśmie naukowym Communications Biology, są zaskakująco konkretne. Po trzech latach od zakończenia projektu liczby wyglądają inaczej niż ktokolwiek przypuszczał.
| Grupa ptaków | Przed usunięciem kotów | Trzy lata po akcji |
|---|---|---|
| Dorosłe gołębie | 111 osobników | 966 osobników |
| Młode (ptaki juwenilne) | 9 osobników | 189 osobników |
Przyrodnicy opisują taką zmianę jako „eksplozję liczebności”. Populacja dorosłych zwiększyła się niemal dziewięciokrotnie, a wśród młodych ptaków mówimy o ponad dwudziestokrotnym skoku. Dla gatunku uznawanego za krytycznie zagrożony jest to tempo niemal niespotykane.
Co istotne, ta poprawa nie wiązała się z jakimiś skomplikowanymi technologiami czy hodowlą w niewoli. Zmieniono jeden parametr środowiska: usunięto głównego drapieżnika, który nie występował tam naturalnie, tylko został wprowadzony przez człowieka.
Dlaczego koty były tak zabójcze dla ptaków
Dla osób żyjących w mieście kot kojarzy się z sympatycznym domowym pupilem. Na wyspach oceanicznych to zupełnie inna historia. Tam dzikie koty działają jak sprawna armia myśliwych, którym natura nie przygotowała lokalnej fauny.
Gołąb z Ogasawary ewoluował w środowisku praktycznie pozbawionym lądowych drapieżników. Nie wykształcił więc silnego lęku przed szybko poruszającym się ssakiem. Gdy koty zaczęły swobodnie patrolować lasy, ptaki stały się idealnym celem: powolne, ufne, gniazdujące w zasięgu skoku.
- nie bały się czworonożnych drapieżników, bo wcześniej ich tam nie było,
- gniazda zakładały na ziemi lub nisko, co ułatwiało polowanie,
- miały niewielką liczebność, więc każdy upolowany osobnik mocno uderzał w całą populację.
Gdy koty usunięto, przestały znikać kolejne lęgi. Pisklęta doczekiwały lotności, a dorosłe ptaki miały większą szansę przeżyć kolejne sezony. Ten prosty łańcuch przyczynowy wystarczył, by zadziałał efekt lawiny.
Genetyczna zagadka: jak gatunek uniknął pułapki chowu wsobnego
Największa niespodzianka wyszła na jaw, gdy zespół z Uniwersytetu w Kioto przeanalizował materiał genetyczny gołębi. Taka mała populacja zwykle oznacza silną utratę różnorodności genów, co prowadzi do chorób, słabszej odporności i problemów z rozmnażaniem.
Badacze spodziewali się znaleźć wyraźne ślady długotrwałego chowu wsobnego. Tymczasem wyniki wskazały, że choć liczebność była niska, poziom zróżnicowania genetycznego wciąż pozostawał zaskakująco przyzwoity. Innymi słowy, gatunek stanął nad przepaścią, ale jego „kapitał genów” nie był jeszcze bezpowrotnie utracony.
Wczesna interwencja zatrzymała spadek liczebności na etapie, gdy ptaki wciąż dysponowały pulą genetyczną pozwalającą na zdrowe rozmnażanie i szybkie odbudowanie populacji.
To ważny sygnał dla ochrony przyrody: niewielkie, ale jeszcze nie skrajnie zdegenerowane genetycznie populacje można uratować, jeśli w porę usunie się główne presje – w tym przypadku drapieżnika wprowadzonego przez człowieka.
Czego uczą te dane biologów od gatunków zagrożonych
Dla naukowców zajmujących się ginącymi populacjami wyniki z Ogasawary to studium przypadku o dużym znaczeniu praktycznym. Pokazują, że:
- czas reakcji jest kluczowy – lepiej działać przy stu osobnikach niż przy dziesięciu,
- nie zawsze trzeba wspomagać się hodowlą w niewoli, jeśli uda się poprawić warunki w naturze,
- inwazyjne drapieżniki na wyspach mają znacznie większy wpływ niż w kontynentalnych ekosystemach.
Przy tym przypadku dokładnie policzono tempo przyrostu liczebności. Pokazuje ono, że pojedyncza decyzja – konsekwentnie przeprowadzona – potrafi wywołać łańcuch korzystnych zmian bez dodatkowych, drogich programów.
Spór o granice ochrony przyrody: koty kontra ptaki
Takie projekty nie powstają w próżni. W wielu krajach każda próba ograniczenia populacji kotów budzi silne emocje. Część mieszkańców wysp widziała w bezdomnych zwierzętach element lokalnego krajobrazu, inni współczuli im bardziej niż ginącym ptakom, których prawie nikt na co dzień nie ogląda.
Specjaliści od ochrony przyrody wskazują jednak prostą zasadę: tam, gdzie chodzi o endemiczne gatunki wyspowe, pojawienie się drapieżnika wprowadzonego przez człowieka prowadzi zwykle do tego samego scenariusza – szybkiego wymierania lokalnej fauny. Dyskusja trwa, ale przykład z Ogasawary regularnie wraca w argumentacji osób, które domagają się bardziej zdecydowanej polityki wobec inwazyjnych drapieżników, w tym kotów żyjących na wolności.
Ogasawara stała się dla biologów żywym laboratorium, w którym widać, jak bardzo drobna zmiana w łańcuchu zależności potrafi przechylić szalę między całkowitym zniknięciem a zaskakującą odbudową gatunku.
Co ta historia mówi o innych wyspach i polskich realiach
Choć japoński archipelag wydaje się bardzo odległy, wnioski z tego eksperymentu mają znaczenie także dla innych krajów. Na wielu wyspach na świecie trwają podobne programy usuwania drapieżników – od szczurów po właśnie koty – aby ratować rzadkie ptaki, jaszczurki czy bezkręgowce.
W Polsce nie mamy typowych, odizolowanych wysp oceanicznych, ale mamy inne wrażliwe ekosystemy: wyspy na jeziorach, rezerwaty na wybrzeżu, torfowiska. W tych miejscach obecność dużej liczby wolno żyjących kotów czy lisów też może dramatycznie obniżać sukces lęgów rzadkich ptaków. Dlatego podnoszenie tematu odpowiedzialnej opieki nad kotami wychodzącymi z domu, a także sterylizacji i ograniczania populacji bezdomnych zwierząt, nie jest tylko kwestią „porządku w mieście”, lecz również realnej ochrony dzikiej przyrody.
Historia gołębia z Ogasawary przypomina, że czasem wystarczy usunąć jedną presję, by cały ekosystem zaczął sam się prostować. Klucz w tym, by zareagować, zanim utrata różnorodności genetycznej stanie się nieodwracalna. Wtedy nawet najbardziej spektakularna akcja ratunkowa nie wystarczy, bo gatunek będzie już zbyt głęboko w genetycznym zaułku.


