Ta filmowa muzyka od 16 lat daje ciarki. Mało kto zna jej autora

Ta filmowa muzyka od 16 lat daje ciarki. Mało kto zna jej autora
4.7/5 - (46 votes)

Jedna z najbardziej elektryzujących ścieżek dźwiękowych kina powstała do animacji o nastoletnim wikingu i jego smoczym przyjacielu.

Nie chodzi o hollywoodzki hit z aktorami, lecz o film animowany, który w 2010 roku wjechał do kin niepozornie, a dziś uchodzi za klasyk. Kluczowa jest tu muzyka – napisana 16 lat temu przez kompozytora, którego nazwisko wciąż rzadko pojawia się w mainstreamowych rozmowach, choć jego nuty zna prawie każdy widz.

Scena lotu, od której zaczynają się ciarki

Akcja przenosi nas na wyspiarską osadę wikingów, otoczoną stromymi klifami i zimnym morzem. W powietrzu nic się nie dzieje, tylko kilka chmur leniwie przesuwa się po niebie. Nastoletni bohater filmu zakłada uprząż swojemu czarnemu smokowi, siada w siodle i zbiera się na odwagę. Za chwilę odbije się od skały i skoczy w przepaść.

To jego pierwszy, prawdziwy lot. Najpierw kilka niepewnych zwrotów, chwila paniki, potem śmielsze skręty, ostrzejsze pikowania, wreszcie odważne akrobacje. Kamera ślizga się za nimi, widok raz nurkuje w dół, raz wystrzeliwuje w górę. Widz ma wrażenie, że sam wisi nad bezkresnym morzem i trzyma się łusek potężnej bestii.

Właśnie w tej chwili wchodzi muzyka, która zmienia dynamiczną scenę w czyste emocje – od pierwszych taktów czuć narastające napięcie i euforię.

Moc tej sekwencji nie wynika wyłącznie z animacji czy montażu. To smyczki, bębny i rozbuchane dęciaki nadają całości rozmach, który wielu widzom wyrywa gęsią skórkę, nawet przy kolejnym seansie po latach.

John Powell – mistrz, którego nazwiska prawie nikt nie kojarzy

Za tę muzykę odpowiada John Powell – brytyjski kompozytor związany od lat z dużymi wytwórniami. Dla kinomanów kojarzących nazwiska twórców partytur to postać oczywista, dla szerokiej publiczności już znacznie mniej. Częściej wymienia się Johna Williamsa, Jamesa Hornera czy Ennia Morricone, a przecież katalog Powella wygląda imponująco.

W filmach aktorskich podpisał takie tytuły, jak:

  • „Bez twarzy” – pełen napięcia thriller akcji z końca lat 90.,
  • „Tożsamość Bourne’a” i kolejne części przygód Jasona Bourne’a,
  • „Hancock” – superbohaterska produkcja z bardziej szorstkim tonem.

Prawdziwy rozkwit jego stylu widać jednak w animacji. Szczególnie w produkcjach studia DreamWorks, gdzie kompozytor mógł bez ograniczeń łączyć symfoniczne brzmienia z rytmiką typową dla kina rodzinnego.

Animacje, które zawdzięczają mu swój charakter

Lista tytułów, przy których pracował, pokazuje, jak często jego muzyka towarzyszyła całym pokoleniom widzów:

Film animowany Rok premiery Charakter muzyki
„Mrówka Z” 1998 dynamiczna, z lekkim, komediowym zacięciem
„Shrek” (współpraca przy ścieżce) 2001 energia, humor, przeskoki między gatunkami
„Uciekające kurczaki” 2000 pastisz kina wojennego, połączony z ciepłem rodzinnej animacji
„Kung Fu Panda” 2008 połączenie symfoniki z azjatyckimi inspiracjami
„Epoka lodowcowa” (kolejne części) 2002–2016 przygoda, komedia i nutka melancholii
„Happy Feet” 2006 połączenie orkiestry z rytmem tańca i piosenkami
„Rio” 2011 kolorowa, rytmiczna, mocno zakorzeniona w muzyce latynoamerykańskiej
Trylogia o smokach 2010–2019 epicki, pełnokrwisty język symfoniczny

To dzięki takim tytułom wielu widzów nieświadomie dorastało z jego stylem – rozpoznawalnym, ale wciąż podporządkowanym historii. Kompozytor rzadko „przykrywa” obraz, raczej go popycha, dodaje odwagi scenom, które bez muzyki mogłyby wydać się zwykłe.

Jak powstawała muzyka do opowieści o smokach

Przy pracy nad pierwszą częścią historii o wikingach i smokach Powell dostał od twórców coś, czego nie ma każdy kompozytor: porządną, działającą opowieść, nawet na etapie prostych rysunków. W wywiadach podkreślał, że już półtora roku przed premierą obejrzał materiał zmontowany z nieruchomych szkiców.

Mimo braku animacji fabuła trzymała go za gardło – „wszystko działało”, jak mówił. To sprawiło, że łatwo zaangażował się emocjonalnie i zaczął pisać tematy z dużym wyprzedzeniem.

Takie podejście przypomina pracę aktora. Muzyk najpierw musi uwierzyć w historię, poczuć, kim są bohaterowie i co jest dla nich stawką. Dopiero wtedy melodia zaczyna pasować do obrazu. W przypadku tej animacji opowieść o dojrzewaniu, przyjaźni i przełamywaniu rodzinnych schematów stała się dla kompozytora punktem wyjścia.

Dlaczego akurat ta muzyka tak mocno działa

Powodów jest kilka. Najczęściej wymienia się:

  • wyraziste motywy przewodnie, które można zanucić po jednym seansie,
  • połączenie nordyckiego klimatu z hollywoodzką orkiestrą,
  • umiejętne budowanie napięcia – od cichego, niepewnego początku do eksplozji dźwięku,
  • przemyślany dialog z obrazem: kiedy animacja przyspiesza, muzyka nie tylko goni, ale wcześniej to przyspieszenie zapowiada.

Scena pierwszego lotu pokazuje to jak w soczewce. Widz ogląda ją raz w kinie, potem znów w streamingu, i za każdym razem reaguje podobnie: serce zaczyna bić szybciej w tym samym momencie, gdy orkiestra rozwija skrzydła razem ze smokiem.

Gdzie dziś usłyszeć tę ścieżkę i na co zwrócić uwagę

Film zadebiutował w polskich kinach wiosną 2010 roku, a z czasem trafił do serwisów streamingowych i telewizji. Muzyka funkcjonuje niezależnie od obrazu – wielu fanów puszcza sobie sam album, żeby wrócić do emocji związanych z seansami.

Warto przy kolejnym oglądaniu spróbować jednego triku: zamiast koncentrować się na dialogach, skupić się na tym, co robi orkiestra. Szybko okazuje się, że:

muzyka często zdradza emocje bohaterów szybciej niż ich słowa. Gdy narracja uspokaja się, partytura podpowiada, czy za chwilę przyjdzie ulga, czy raczej cios.

Tak rozumiana ścieżka dźwiękowa zaczyna działać jak osobna postać. Szczególnie w animacji, gdzie ekspresja wizualna bywa przerysowana, a muzyka nadaje jej skalę: potrafi rozbroić patos, ale też wynieść prostą scenę na poziom czegoś bardzo osobistego.

Czego uczy nas fenomen tej filmowej muzyki

Historia tej partytury pokazuje, że animacja nie jest „młodszą siostrą” kina aktorskiego, jeśli chodzi o dźwięk. Przeciwnie – to przestrzeń, w której kompozytorzy mogą ryzykować, sięgać po większą orkiestrę, budować wyraziste tematy bez obawy, że ktoś uzna je za zbyt emocjonalne.

Dla widza to też wygodna furtka do symfoniki. Wielu nastolatków pierwszy kontakt z pełnym, „poważnym” brzmieniem orkiestry ma właśnie w sali kinowej, przy oglądaniu animacji. Gdy muzyka z historii o smokach trafia później na playlisty, nagle okazuje się, że utwór bez słów i bez obrazu może wciągnąć równie mocno jak przebój z radia.

Jeśli ktoś chce bardziej świadomie słuchać filmowych partytur, dobrym początkiem może być porównanie tej muzyki z pracami innych kompozytorów, którzy w animacji zostawili silny ślad – na przykład twórcy ścieżki do „Króla lwa” czy „Coco”. Różnice w sposobie budowania tematów, użyciu instrumentów etnicznych czy pracy z chórem szybko stają się czytelne, gdy raz zacznie się na to zwracać uwagę.

Efekt uboczny bywa przyjemny: po kilku takich seansach nazwisko Johna Powella przestaje być tylko małym napisem w czołówce, a zaczyna kojarzyć się z konkretnym przeżyciem – sceną lotu, od której wielu widzów do dziś ma dreszcze, mimo że zna każdy kadr na pamięć.

Prawdopodobnie można pominąć