Kiedy ocean się nagrzewa: giną gatunki, a podmorskie lasy znikają

Kiedy ocean się nagrzewa: giną gatunki, a podmorskie lasy znikają
5/5 - (37 votes)

Coraz cieplejsze morza zmieniają oblicze przybrzeżnych ekosystemów szybciej, niż zdążamy je zbadać i zrozumieć.

Pod powierzchnią Atlantyku, m.in. u wybrzeży Bretanii, znikają rozległe lasy brunatnic, które jeszcze niedawno tętniły życiem. Naukowcy obserwują cichą zmianę, która niesie skutki nie tylko dla zwierząt morskich, ale też dla ludzi żyjących z zasobów morza.

Podwodne lasy, które karmią i chronią wybrzeża

Brunatnice z rodzaju laminaria tworzą pod wodą coś na kształt gęstych lasów. Ich plechy sięgają kilku metrów wysokości, tworząc podwodny „baldachim”, w którym kryją się niezliczone organizmy. W takim gąszczu schronienie znajdują kraby, ślimaki morskie, jeżowce i młode ryby. Gęsta struktura osłabia fale i lekko przyciemnia wodę, co tworzy specyficzny, stabilniejszy mikroklimat.

W archipelagu Molène, na zachód od Bretanii, nurkowie z instytutu badawczego Ifremer co roku sprawdzają kondycję tych podmorskich lasów. Z ich obserwacji wynika, że całe połacie dna morskiego są dziś niemal puste. Laminarii jest mniej, są mniejsze, a miejscami znikają całkowicie. W ciągu zaledwie kilku sezonów giną tysiące ton biomasy, a to, co kiedyś przypominało zielono‑brązową dżunglę, zamienia się w niemal nagą równinę.

Zmiana uderza też w ludzi. W portach Bretanii zbiorem alg zajmują się całe rodziny, które od pokoleń żyją z tego surowca. Lasy brunatnic były jednocześnie spiżarnią, barierą przeciw sztormom i elementem tożsamości nadmorskich społeczności. Gdy zanikają, słabnie ochrona brzegu przed erozją, a lokalna gospodarka traci ważne źródło dochodu.

Podwodne lasy z alg spełniają trzy funkcje naraz: są schronieniem dla tysięcy gatunków, magazynem węgla i naturalną tarczą ochronną dla wybrzeży.

Granica 18 stopni: kiedy algi zaczynają umierać

U podstaw tego kryzysu leży jedno, wydawałoby się niewinne, przekroczenie – temperatury wody. Dla wielu gatunków laminarii krytyczną wartością jest około 18°C. Powyżej tego progu algi przestają się prawidłowo rozmnażać, wchodzą w stan silnego stresu i powoli ustępują z dotychczasowych siedlisk.

Badania prowadzone przez zespół Virginie Raybaud, opisane w czasopiśmie naukowym PLOS One, pokazują zjawisko w skali Europy. Z modeli wynika, że w najcieplejszych scenariuszach klimatycznych laminaria digitata ma się stopniowo wycofywać na północ w trakcie XXI wieku. Francja, południowa Anglia czy Dania mogą stracić niemal wszystkie swoje podwodne lasy z tego gatunku już do połowy stulecia. Stosunkowo bezpiecznym azylem mają pozostać przede wszystkim wody Norwegii.

Temperatura to tylko jedna strona problemu. Wraz ze zmianą klimatu rosną sumy opadów nad lądem, a do morza trafia więcej mętnej, słodkiej wody z rzek. Osady unoszą się w toni, ograniczając ilość światła, które dociera do alg. Rośliny potrzebują go do fotosyntezy tak samo jak drzewa na lądzie. Mętna woda i wysoka temperatura razem tworzą dla laminarii wyjątkowo trudne warunki.

Każde gorętsze lato przyspiesza ten proces. Gdy brunatnic jest mniej, w ich miejscu nie pojawia się od razu bogaty, alternatywny ekosystem. Znika cała sieć gatunków, które korzystały z konstrukcji podwodnych lasów – od bezkręgowców po większe ryby. Do tego laminaria magazynują duże ilości dwutlenku węgla i wiążą osady na dnie. Ich utrata oznacza nie tylko uboższy ekosystem, ale też dodatkowe uwolnienie węgla i rosnącą podatność dna na wzburzanie.

Im mniej podmorskich lasów, tym mniej naturalnych „pochłaniaczy” CO₂ w oceanie i tym łatwiej fale wzruszają osady pełne węgla.

Gdy jedne gatunki znikają, inne wchodzą na ich miejsce

Biolodzy morscy z ośrodka badawczego w Roscoff szacują, że u wybrzeży Bretanii laminaria może lokalnie przestać występować już w pierwszej połowie XXI wieku. W wielu miejscach następuje powolna zamiana gatunków. Tam, gdzie dawniej dominowały wieloletnie brunatnice, pojawiają się nowe, szybciej rosnące algi, takie jak Saccorhiza polyschides.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że przyroda po prostu się przeorganizuje. Różnica polega na tym, że gatunki pionierskie, które wchodzą w miejsce starych lasów, nie budują tak złożonego, wielopiętrowego środowiska. Są jak plantacja jednego gatunku zamiast różnorodnego lasu. Dają mniej kryjówek, gorzej amortyzują fale i słabiej wiążą węgiel.

Mniej ryb, mniej skorupiaków, więcej niepewności

Skutki dają się już odczuć w codziennym życiu ludzi związanych z morzem. Rybacy z Bretanii mówią o mniejszych połowach homarów, niższej liczbie młodych dorszy i uboższej faunie przybrzeżnej. Gdy znika skomplikowana struktura podwodnych lasów, młode ryby tracą schronienie, a drapieżniki łatwiej je wyłapują. Łańcuch pokarmowy się spłaszcza.

Na poziomie całej Europy przybrzeżnej może to oznaczać spadek produktywności łowisk, konieczność zmiany metod połowu, a w skrajnych przypadkach przenoszenie się części rybaków w inne regiony. To, co zaczyna się jako lokalny problem „dziur” w dnie morskim, kończy się pytaniami o przyszłość branż zależnych od stabilnego ekosystemu.

  • mniej laminarii – mniej kryjówek dla narybku i bezkręgowców;
  • mniej młodych ryb – uboższe łowiska w kolejnych latach;
  • osłabiona ochrona brzegu – większe ryzyko erozji i szkód sztormowych;
  • mniej wychwytywanego CO₂ – trudniejsza walka z globalnym ociepleniem.

Norwegia jako schronienie – ale na jak długo?

Modele klimatyczne sugerują, że chłodniejsze wody północnej Europy mogą stać się dla brunatnic ostatnim dużym bastionem. U wybrzeży Norwegii woda pozostaje na tyle zimna i przejrzysta, by laminaria czuła się dobrze. Dla całego ekosystemu oznacza to przesuwanie się stref bogatej bioróżnorodności coraz dalej na północ.

Takie przesunięcie nie rozwiązuje jednak problemu. Organizmy przywiązane do konkretnego miejsca – choćby lokalne populacje ryb czy drobniejsze bezkręgowce – nie zawsze mogą „podążyć” za algami. A społeczeństwa i gospodarka przybrzeżna południowej Europy nie przeniosą się masowo do Norwegii. Dla wielu gatunków i ludzi będzie to po prostu utrata zasobów i dotychczasowego stylu życia.

Najważniejsze pytanie brzmi już nie „gdzie algi przetrwają”, lecz „jak zmieni się nasze morze tam, gdzie przestaną istnieć”.

Cichy sygnał z głębin, który dotyczy każdego

Zmiany zachodzą w dużej mierze poza zasięgiem wzroku. Nurkowie w rejonie Morza Iroise opowiadają o krajobrazach, które jeszcze kilkanaście lat temu były mroczne i gęste od życia. Dziś w tych samych miejscach woda jest przejrzysta, światło sięga głęboko, a przestrzeń wydaje się nienaturalnie pusta. Dla wielu osób brzmi to jak dobra wiadomość – ładne, jasne dno, lepsza widoczność. Z perspektywy ekosystemu to raczej sygnał alarmowy.

Podmorskie lasy przypominają lasy tropikalne na lądzie: są dyskretne dla przeciętnego obserwatora, ale kluczowe dla stabilności procesów przyrodniczych. Wspierają rybołówstwo, magazynują węgiel, chronią linię brzegową i dają fundament pod bogatą sieć zależności między gatunkami. Kiedy zaczynają się kurczyć, nie odczuwamy skutków od razu, lecz po latach może się okazać, że utraciliśmy coś, czego nie da się szybko odbudować.

W dyskusji o klimacie łatwo skupić się wyłącznie na temperaturach powietrza i wydarzeniach ekstremalnych na lądzie. Oceany ogrzewają się powoli i bez dramatycznych obrazów, ale reagują głęboką przebudową ekosystemów. Zanik laminarii w Atlantyku Północnym jest jednym z pierwszych, dobrze udokumentowanych przykładów tej zmiany. Podobne procesy zachodzą w innych morzach i przy innych gatunkach, od tropikalnych raf koralowych po morskie trawy w strefach umiarkowanych.

Dla mieszkańców państw nadbałtyckich czy nadmorskich regionów Polski informacja o zanikających lasach alg w Bretanii może wydawać się odległa. W praktyce to zapowiedź tego, z czym mogą mierzyć się kolejne pokolenia także nad Bałtykiem, jeśli ocieplenie i dopływ biogenów nie wyhamują. Warto traktować te sygnały z Atlantyku jako próbne ostrzeżenie, a nie ciekawostkę geograficzną.

Prawdopodobnie można pominąć