Wiosna w warzywniku: jeden błąd z rozsadą pomidorów niszczy całe zbiory
Wielu ogrodników robi to z rozpędu i traci rośliny w kilka dni.
Scenariusz powtarza się co roku: piękne, zielone rozsady z parapetu lądują nagle na grządce, a po dwóch dniach liście bieleją, łodygi wiotczeją i wzrost staje w miejscu. Kalendarz mówi: „czas sadzić”, a ogródek odpowiada: „za szybko”. W tle stoi jedno zaniedbane działanie, które decyduje, czy będziesz mieć kosze pomidorów, czy puste krzaki.
Dlaczego młode pomidory padają po wyniesieniu na zewnątrz
Rozsady pomidorów, papryki, bakłażanów czy bazylii rosną zazwyczaj w komfortowych warunkach: ciepłe mieszkanie, oszklona weranda, czasem ogrzewana szklarnia. Temperatura w okolicach 20°C, brak wiatru, światło lekko przefiltrowane przez szybę. Rośliny mają tam coś w rodzaju „inkubatora dla warzyw ciepłolubnych”.
W takich warunkach liście są delikatne, skórka bardzo cienka, a aparat szparkowy słabo radzi sobie z nagłą utratą wody. Korzenie dopiero zaczynają penetrować podłoże, cała roślina jest miękka i mało odporna. Z perspektywy botaniki to nastolatki, a nie twardzi ogrodowi weterani.
Przeczytaj również: Jak siać rzodkiewki, żeby były chrupiące, a nie łykowate
Na zewnątrz wszystko wygląda inaczej. Dochodzą mocniejsze promienie UV, podmuchy wiatru wysuszające liście, duże skoki temperatury między dniem a nocą. Gdy taki rozpieczony pomidor ląduje nagle w pełnym słońcu i chłodniejszych nocach, przeżywa wstrząs fizjologiczny.
Młode pomidory nie giną przez sam termin sadzenia, ale przez gwałtowną zmianę warunków – z cieplarni prosto na pełne słońce.
Objawy tego szoku są dość charakterystyczne:
Przeczytaj również: Zamiast tui przy płocie: pęcherznica, która robi gęsty żywopłot bez nerwów
- liście bieleją lub żółkną, jakby były przypalone;


