Coraz mniej śniegu zimą, coraz groźniejsze pożary latem. Naukowcy ostrzegają
Badacze pokazują, że sprzyjają też wyjątkowo niszczycielskim pożarom lasów.
Najnowsza analiza danych z zachodnich regionów Stanów Zjednoczonych wskazuje, że nie chodzi wyłącznie o częstsze i dłuższe pożary. Kluczowe staje się to, jak mocno ogień wypala las – a na tę intensywność bardzo silnie wpływa ilość śniegu zgromadzonego zimą.
Gdzie zniknął śnieg i co ma wspólnego z ogniem
Badacze z Western Colorado University przyjrzeli się danym z ponad trzech dekad: od 1985 do 2021 roku. Analizowali pokrywę śnieżną i historię pożarów w górskich lasach na zachodzie USA, między innymi w dorzeczach Rio Grande oraz rzeki Kolorado. Te same regiony od lat zmagają się z suszą, coraz cieplejszymi zimami i coraz cieńszą warstwą śniegu.
Wynik badań okazał się mało pocieszający. Pokrywa śnieżna wpływa nie tylko na to, kiedy zaczyna się sezon pożarów, lecz także na siłę, z jaką płoną lasy, gdy już do pożarów dojdzie. Innymi słowy – zimowy śnieg staje się jednym z najlepszych wczesnych sygnałów, jak bardzo niebezpieczne mogą być letnie pożary.
Przeczytaj również: Komary tygrysie wracają do ogrodów. Ekspert wskazuje jedyny skuteczny moment działania
Im mniej wody zgromadzonej w śniegu zimą, tym szybciej wysychają gleby i roślinność, a pożary mają większą szansę rozwinąć się w bardzo gwałtowne i niszczące zdarzenia.
Dwa oblicza śniegu: kiedy topnieje i ile wody zawiera
Zespół naukowców rozdzielił dwa zjawiska, które zwykle wrzuca się do jednego worka:
- Wczesne topnienie śniegu – gdy śnieg znika z gór wcześniej niż zwykle.
- Ilość wody w pokrywie śnieżnej – tzw. ekwiwalent wodny śniegu, czyli ile „magazynowanej” wody faktycznie kryje śnieg.
Wczesne topnienie sprawia, że las szybciej wysycha, więc sezon pożarowy zaczyna się wcześniej i trwa dłużej. Daje to więcej czasu, by ogień pojawił się i rozprzestrzenił na dużą powierzchnię. To scenariusz, który służby pożarnicze już dobrze znają: długa wiosna bez opadów, gorące lato, wiele dni z niską wilgotnością.
Przeczytaj również: Ten prosty rytuał przed sadzeniem pomidorów ratuje całą uprawę
Znacznie bardziej niepokojące okazało się jednak to, ile wody faktycznie zawiera zimowa pokrywa śnieżna. Badanie wykazało, że to właśnie ten czynnik najsilniej wiąże się z intensywnością pożarów. Gdy „magazyn” zimowej wody jest pustawy, las traci swoją naturalną tarczę ochronną na nadchodzące lato.
Śnieg w górach działa jak sezonowe konto oszczędnościowe z wodą dla lasów. Kiedy saldo tego konta spada, system staje się bardzo podatny na gwałtowne pożary.
Co w praktyce znaczy bardziej niszczycielski pożar
Często skupiamy się na tym, ile hektarów spłonęło. Naukowcy zwracają uwagę na inny wymiar: jak mocno ogień dotknął dany teren. Wysoka intensywność pożaru oznacza o wiele poważniejsze skutki długoterminowe niż samo powiększenie wypalonego obszaru.
Przeczytaj również: Pierwsze koszenie trawnika w marcu: jeden błąd psuje gęstą murawę
Kiedy las nie ma już do czego wracać
Jeżeli ogień wypala las z dużą siłą:
- ginie znacznie więcej drzew, w tym najstarszych, które stabilizują ekosystem,
- gleba ulega przypaleniu i traci część swojej zdolności do zatrzymywania wody,
- zanika warstwa ściółki, która normalnie spowalnia spływ wody po deszczu,
- ekosystem może przekroczyć punkt, po którym naturalna regeneracja lasu staje się bardzo trudna lub wręcz nierealna.
Po takich zdarzeniach częściej pojawiają się gwałtowne powodzie, lawiny błotne i silna erozja. W ciepłym, suchym klimacie wypalone tereny mają skłonność do zmiany charakteru – zamiast lasu rozwijają się tam zarośla lub trawy, które słabiej wiążą glebę i inaczej reagują na kolejne fale upałów.
Pożar o wysokiej intensywności to nie tylko dym nad górami przez parę tygodni. To ryzyko, że krajobraz odrodzi się w zupełnie innej formie niż przed ogniem.
36 lat danych: ten sam schemat raz za razem
Autorzy pracy przeanalizowali dziesiątki dorzeczy w zachodnich stanach USA. W niemal każdym z nich powtarzał się ten sam wzór: w latach z niską pokrywą śnieżną intensywność pożarów była wyraźnie wyższa. Dotyczyło to zarówno regionów typowo śnieżnych w Górach Skalistych, jak i bardziej suchych obszarów Południowego Zachodu.
Ten wniosek szczególnie niepokoi w sytuacji, w której wiele dorzeczy już dziś odnotowuje jedne z najniższych wartości pokrywy śnieżnej w historii pomiarów. W cieplejszym klimacie opady coraz częściej przybierają formę deszczu zamiast śniegu, a zimy są krótsze i mniej stabilne termicznie.
Rola El Niño i La Niña
Badacze powiązali też obserwowane zjawiska z dużymi układami klimatycznymi. Epizody El Niño i La Niña potrafią przesuwać strefy opadów, przez co w jednych regionach śniegu przybywa, a w innych ubywa. W efekcie te same procesy, które sterują temperaturą oceanów i pogodą na całej planecie, pośrednio układają też scenariusz letniego sezonu pożarowego w górach Ameryki Północnej.
Zimowy śnieg jako wczesne ostrzeżenie dla służb
Jedna z praktycznych lekcji z tej pracy naukowej jest bardzo konkretna: stan pokrywy śnieżnej zimą może posłużyć jako wczesny wskaźnik ryzyka groźnych pożarów w nadchodzącym lecie. Dla zarządców terenów leśnych oznacza to lepszą szansę na przygotowanie się z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.
Na podstawie informacji o śniegu można wcześniej zaplanować między innymi:
- które fragmenty lasu wymagają priorytetowego przerzedzania drzew,
- w jakich miejscach bezpieczne i korzystne będą kontrolowane wypalenia,
- jak rozlokować załogi gaśnicze, sprzęt i zbiorniki z wodą,
- jakie miejscowości i osiedla leśne potrzebują dodatkowych działań przygotowawczych.
Prognozowanie zagrożenia na podstawie zimowej pokrywy śnieżnej daje leśnikom i strażakom kilka cennych miesięcy na zaplanowanie obrony przed najbardziej niszczycielskimi scenariuszami.
Nadzieja w mokrej wiośnie, ale trend pozostaje niekorzystny
Autorzy badań nie twierdzą, że los letniego sezonu pożarowego rozstrzyga się nieodwołalnie w styczniu. Wskazują, że wiosna wciąż potrafi zmienić układ sił. Seria obfitych opadów w marcu czy kwietniu może wyraźnie spowolnić wysychanie ściółki i drzew, a w konsekwencji złagodzić zachowanie ognia w pierwszej części lata.
Mokra wiosna oznacza wyższą wilgotność „paliwa” w lesie, czyli gałęzi, igieł, traw i krzewów. W takich warunkach iskra z ogniska czy piorun może wprawdzie wzniecić pożar, ale ogień częściej rozprzestrzenia się wolniej i łatwiej go opanować we wczesnej fazie.
Cała historia ma jednak szerszy kontekst: w długim horyzoncie czasowym pokrywa śnieżna w zachodnich stanach USA systematycznie maleje. Każdy kolejny ciepły sezon z cienką warstwą śniegu oznacza, że lasy tracą swój naturalny „bufor wodny”, a ekosystem coraz częściej funkcjonuje na krawędzi suszy.
Co z tego wynika dla innych regionów, w tym dla Polski
Choć opisane badania dotyczą górskich terenów Ameryki Północnej, wnioski budzą pytania także o inne obszary, w tym o Karpaty i Sudety. Tam również obserwujemy cieplejsze zimy, mniej stabilną pokrywę śnieżną i coraz dłuższe okresy bez opadów w ciepłej części roku.
W Europie Środkowej pokrywa śnieżna nie odgrywa aż tak dominującej roli jak w suchych górach zachodnich Stanów, ale wpływ na zasoby wodne jest podobny. Mniej śniegu w górach to mniejszy dopływ wody do rzek wiosną, szybsze wysychanie lasów i większa podatność na gwałtowne zjawiska – pożary, ale też nagłe wezbrania po intensywnych opadach.
Dla zarządców lasów i samorządów sygnał jest czytelny: planowanie bezpieczeństwa pożarowego nie może już ograniczać się wyłącznie do monitorowania temperatur i prognoz na najbliższy tydzień. Coraz większą rolę będą odgrywać analizy sezonowe, obejmujące całą drogę wody – od zimowej pokrywy śnieżnej po letnią wilgotność gleby i roślinności.
W tym kontekście rośnie znaczenie takich narzędzi, jak mapy ryzyka pożarowego, systemy satelitarne śledzące pokrywę śnieżną czy lokalne programy kontrolowanych wypaleń. To działania kosztowne i czasochłonne, ale w porównaniu ze skutkami bardzo intensywnych pożarów – długotrwałą degradacją krajobrazu, utratą bioróżnorodności i ryzykiem dla mieszkańców – mogą okazać się inwestycją, która po prostu się opłaca.


