Tarantino szokuje fanów: wskazał inną „najlepszą trylogię” niż Władca Pierścieni
Quentin Tarantino znów wywołał burzę wśród kinomanów, tym razem zabierając głos w odwiecznej dyskusji o najlepszej filmowej trylogii.
Reżyser Pulp Fiction otwarcie przyznaje, że docenia rozmachem Władcę Pierścieni, ale nie uważa go za numer jeden w historii kina. W kilku wywiadach tłumaczył, dlaczego trylogia Petera Jacksona wciąż robi gigantyczne wrażenie po latach, a mimo to nie jest dla niego tym absolutnym ideałem, którego – jak twierdzi – praktycznie nie da się już powtórzyć.
Władca Pierścieni po 25 latach: wciąż prawie bez skazy
Ćwierć wieku po premierze pierwszej części Władca Pierścieni nadal uchodzi za wzór tego, jak powinno się robić wysokobudżetowe kino przygodowe. Fani fantasy ciągle wracają do filmów Jacksona, bo dostają wszystko naraz: dopracowany świat, wyrazistych bohaterów, wielkie bitwy i emocje, które nie starzeją się wraz z efektami specjalnymi.
W opinii wielu kinomanów trylogia Jacksona jest niemal idealna i odporna na przemijanie – wygląda świeżo nawet po dwóch dekadach.
Widać to chociażby w dyskusjach w sieci: każda wzmianka o ewentualnych nowych ekranizacjach prozy Tolkiena kończy się porównaniami do filmów z początku lat 2000. Dla dużej części widzów to właśnie tamta wersja Śródziemia stała się definitywną, „kanoniczną” wizją.
Dlaczego reżyserzy tak rzadko dowożą trzy dobre filmy z rzędu
Tarantino od lat podkreśla, że stworzenie spójnej, mocnej trylogii jest czymś dużo trudniejszym, niż się wydaje. Pierwszy film zwykle rodzi się z wielu lat dopieszczania scenariusza. Drugi powstaje już w cieniu sukcesu i presji studia. Trzeci musi zamknąć wszystkie wątki, jednocześnie jeszcze podnosząc stawkę.
- część pierwsza – budowanie świata i bohaterów
- część druga – pogłębienie konfliktu, rozwinięcie postaci
- część trzecia – satysfakcjonujące domknięcie historii
W praktyce często coś się wykoleja. Drugi film bywa powtórką z rozrywki albo chaotyczną próbą przebicia oryginału. Trzeci nieraz rozczarowuje finałem, ginie w nadmiarze wątków albo wygląda jak produkt dociśnięty kalendarzem premiery.
Z punktu widzenia rzemiosła reżyserskiego trzy równe jakościowo filmy to niemal maraton bez chwili wytchnienia – a to udało się zaledwie garstce twórców.
Co najbardziej imponuje Tarantino we Władcy Pierścieni
Mimo że nie stawia Władcy na samym szczycie, Tarantino ma wobec trylogii Jacksona sporo uznania. Zwraca uwagę na kilka elementów, które zrobiły na nim wrażenie, nawet jeśli nie podziela opinii o „najlepszej trylogii wszech czasów”.
Filmowy gigant, który wciąż wygląda zaskakująco współcześnie
Reżyser przyznaje, że konsekwencja wizualna i tonalna Władcy Pierścieni to rzadkość. Wszystkie trzy części powstawały w jednym ciągu, w tej samej estetyce, z tą samą ekipą. Dzięki temu widz ma poczucie jednej, dużej opowieści, a nie zestawu luźniej powiązanych filmów.
Duże znaczenie ma także mieszanie praktycznych efektów z komputerowymi. Miniaturowe makiety, scenografie w realnych plenerach i charakteryzacje orków sprawiają, że wiele scen nadal wygląda wiarygodnie, mimo technologicznego skoku, jaki kino zaliczyło od tamtego czasu.
Emocje ważniejsze niż efekty
Tarantino często podkreśla, że kino gatunkowe broni się emocjami bohaterów. Władca Pierścieni, jego zdaniem, w najlepszych momentach świetnie to rozumie. Kluczowe sceny to nie tylko widowiskowe bitwy, ale także kameralne wybory postaci: lojalność Sama, pokusa Pierścienia, załamania Froda.
Największą siłą trylogii Jacksona wcale nie są fajerwerki wizualne, ale to, że widz autentycznie przejmuje się losami postaci.
Dlaczego mimo wszystko to nie „numer jeden” w historii kina
W ocenie Tarantino trylogia opartej na prozie Tolkiena jest wielkim osiągnięciem, ale nie spełnia do końca jego prywatnych kryteriów „idealnych trzech filmów”. Reżyser wychował się na innego typu kinie – bliżej mu do sensacji, kryminału, kina akcji z lat 70. i 80. niż do klasycznego fantasy.
W jego hierarchii ważne są przede wszystkim:
| Kryterium | Jak wypada Władca Pierścieni |
|---|---|
| równa jakość wszystkich części | wysoka, choć część widzów narzeka na tempo pierwszego filmu |
| siła dialogów | bardziej klasyczne, mniej „ostre”, niż Tarantino lubi w swoim kinie |
| wpływ na popkulturę | ogromny, zarówno w fantasy, jak i w blockbusterach |
| reżyserski styl | epicki i konsekwentny, lecz mniej „autorski” niż w kinie Tarantino |
Z jego wypowiedzi przebija myśl, że idealna trylogia powinna równocześnie mieć własne, wyraziste piętno autora i bronić się jako całość bez słabszego ogniwa. Władca Pierścieni dla wielu spełnia ten warunek. Tarantino dostrzega w nim raczej mistrzowsko zrealizowaną adaptację gigantycznej klasyki literatury niż coś całkiem niepowtarzalnego.
„Taki wyczyn trudno powtórzyć” – co miał na myśli Tarantino
Kiedy reżyser mówi, że podobne osiągnięcie jest praktycznie niemożliwe do skopiowania, nie chodzi mu o to, że nikt już nie nakręci świetnych trzech filmów. Bardziej wskazuje na konkretne uwarunkowania, które złożyły się na sukces tej adaptacji Tolkiena.
- nakręcenie całości w jednym dużym cyklu zdjęciowym – bez rozciągania projektu na dekady
- stosunkowo spójna wizja reżysera, który miał duży wpływ na projekt
- moment w historii kina, gdy efekty komputerowe były już rozwinięte, ale nie dominowały nad praktycznymi rozwiązaniami
- ogromna baza fanów literackiego pierwowzoru, gotowa wesprzeć film
Tarantino sugeruje, że dzisiejszy system blockbusterów częściej popycha studia w stronę nieskończonych serii, spin-offów i prequeli niż elegancko zamkniętych, trzyczęściowych opowieści. Biznesowo bardziej opłaca się wyciskać marki do granic możliwości niż kończyć je na trzech mocnych odsłonach.
Dlaczego dyskusja o „najlepszej trylogii” tak rozpala fanów
Gdy znany reżyser publicznie stwierdza, że jego faworytem jest inny zestaw filmów niż ten najczęściej wskazywany, w komentarzach od razu pojawiają się emocje. Władca Pierścieni ma wyjątkowo lojalną widownię, która traktuje trylogię niemal jak punkt odniesienia do całego kina przygodowego.
Głos Tarantino wpisuje się w szerszą debatę o tym, co w ogóle decyduje o „najlepszości”. Dla części fanów liczy się wpływ na kulturę masową i liczba nagród. Dla innych ważniejsze jest to, jak często wracają do danego zestawu filmów i jak mocno te historie ukształtowały ich gust filmowy.
Spór o idealną trylogię to tak naprawdę spór o różne definicje tego, czym ma być kino: spektaklem, autorskim wyrazem, a może emocjonalnym doświadczeniem z dzieciństwa.
Co ta dyskusja mówi o współczesnym kinie
Kiedy ktoś pokroju Tarantino dystansuje się od powszechnego zachwytu, pojawia się ciekawe lustro dla całej branży. Z jednej strony mamy megaprojekty pokroju Władcy Pierścieni, gdzie wszystko podporządkowano spójnej, wielotomowej narracji. Z drugiej – reżyserów, którzy bardziej cenią zamknięte, autorskie historie niż wielkie uniwersa.
Dla widzów to dobry moment, by samodzielnie przemyśleć własne kryteria. Czy idealna trylogia musi być widowiskowa i obsypana Oscarami? A może wystarczy, że w naszej osobistej pamięci żadna z części nie odstaje i każda ma sceny, które pamiętamy latami?
W praktyce wiele osób intuicyjnie robi swój prywatny ranking, często mieszając bardzo różne gatunki: od fantasy, przez sci-fi, po sensację. W takim zestawieniu Władca Pierścieni niemal zawsze ląduje bardzo wysoko, niezależnie od tego, czy ktoś zgadza się z Tarantino, czy nie.
Ta rozbieżność spojrzeń ma też dodatkowy efekt: zmusza do kolejnego seansu. Po takim zamieszaniu wokół jednej wypowiedzi niejeden widz odświeży sobie całą trylogię i spróbuje popatrzeć na nią na nowo – już z tyłu głowy mając pytanie, co w niej naprawdę jest nie do podrobienia, a gdzie widać ślady czasu.


