Studenci szkół filmowych nie wytrzymują całego seansu. Profesorowie biją na alarm

Studenci szkół filmowych nie wytrzymują całego seansu. Profesorowie biją na alarm
Oceń artykuł

Profesorowie kina z prestiżowych uczelni mówią wprost: ich studenci nie są już w stanie obejrzeć pełnego filmu bez sięgania po telefon.

Dotyczy to nawet osób, które wybrały studia filmowe z autentycznej pasji. Zadanie, które kiedyś brzmiało jak marzenie – „obejrzyj arcydzieło kina na zajęcia” – dziś dla wielu młodych dorosłych zamienia się w męczący test wytrzymałości na nudę i powiadomienia.

Gdy powiadomienia wygrywają z pasją do kina

Profesorowie z czołowych amerykańskich uczelni filmowych opisują podobny obraz: ci sami studenci, którzy z zapałem analizują kadry na zajęciach, w ciemnej sali projekcyjnej nie potrafią pozostać skupieni przez dwie godziny. Telefon wygrywa z ekranem.

Na jednym z najbardziej znanych wydziałów filmu w Stanach wykładowca porównał swoich studentów do osób walczących z nałogiem. Chodzi o nawyk nieustannego sprawdzania smartfona. Zwrócił uwagę, że wystarczy krótki, kluczowy moment pod koniec filmu, a i tak część grupy mentalnie wypada z seansu, bo zjeżdża już kciukiem po feedzie.

Obserwacja nauczycieli jest zbieżna: rośnie pokolenie widzów, którzy oglądają filmy jak serię klipów, a nie spójną opowieść.

W czasie pandemii ten schemat jeszcze się utrwalił. Nauka zdalna, oglądanie wszystkiego na laptopie, równolegle otwartych kilka kart, komunikatory, streaming – dla wielu młodych to standard. Powrót do sali kinowej czy uniwersyteckiej projekcji, gdzie „dzieje się tylko film”, bywa dla nich zaskakująco trudny.

Statystyki z uczelni: połowa nawet nie włącza filmu

To nie tylko anegdoty sfrustrowanych wykładowców. Systemy streamingowe, które uczelnie wykorzystują do udostępniania filmów, pokazują twarde dane. Jedna z amerykańskich uniwersyteckich platform śledzi, czy student uruchomił film oraz czy dotarł do końca seansu.

  • mniej niż 50% studentów w ogóle zaczyna zadany film,
  • tylko około 20% dociera do napisów końcowych,
  • reszta przerywa seans albo „przeklikuje” go fragmentami.

Skutki widać w testach. Na zajęciach poświęconych klasycznemu dziełu francuskiej Nowej Fali ponad połowa studentów oblała prosty test wielokrotnego wyboru dotyczący podstaw fabuły. Co gorsza, w odpowiedziach pojawiały się zupełnie zmyślone sceny – na przykład wątki wojenne, których w filmie w ogóle nie ma, bo akcja toczy się przed II wojną.

Doświadczony wykładowca, który uczy od dwóch dekad, przyznał, że po raz pierwszy musiał poważnie złagodzić system oceniania. Według niego to nie kwestia braku inteligencji, ale tego, że znaczna część studentów filmu po prostu nie ogląda w całości, a reszta śledzi go jednym okiem, równolegle robiąc coś jeszcze.

Kino w czasach 47 sekund koncentracji

Psychologowie zajmujący się uwagą użytkowników komputerów wskazują na dużo szerszy proces. Badania pokazują, że przeciętna osoba pracująca przy ekranie zmienia aplikację lub kartę średnio co 47 sekund. Dwie dekady temu ten odstęp wynosił około dwie i pół minuty.

Stały strumień krótkich bodźców – powiadomień, rolek, Stories, TikToka – przyzwyczaił mózg do natychmiastowej nagrody. Kiedy trzeba przez dłuższą chwilę „nic nie klikać” i po prostu śledzić rozwijającą się fabułę, ciało wręcz domaga się kolejnego impulsu.

Film fabularny zakłada cierpliwość, narastanie napięcia, ciszę między dialogami. Algorytmy social mediów promują skrajne przeciwieństwo: wieczny scroll i błyskawiczne emocje.

Dla wielu młodych widzów to zderzenie jest zwyczajnie niewygodne. Ich mózgi przestawiły się na inny rytm pobierania treści. W efekcie nawet ambitny, ciekawy film zaczyna się ciągnąć, jeśli po pięciu minutach nie dzieje się „coś mocnego”.

Hollywood reaguje: fabuła powtarzana jak refren

Zmianę zachowań widzów zauważa też sama branża filmowa. Znany aktor Matt Damon opowiadał w rozmowie podcastowej, że jedna z dużych platform streamingowych sugeruje reżyserom konkretny zabieg: bohaterowie mają powtarzać główne założenia fabuły trzy lub cztery razy w trakcie filmu.

Chodzi o to, by widz, który w połowie sceny zerknął na telefon, w każdej chwili mógł wrócić do historii bez poczucia zagubienia. Inaczej szybko wyłączy seans i przerzuci się na coś krótszego.

To myślenie coraz częściej widać w konstrukcji scenariuszy:

  • częstsze streszczenia „co się właśnie wydarzyło” w dialogach,
  • bardziej oczywiste podkreślanie motywacji bohaterów,
  • krótsze sceny, częstsze cięcia montażowe, dynamiczne przejścia,
  • mniej miejsca na niedopowiedzenia, więcej wyjaśnień „wprost”.

Widz, który ogląda jednym okiem, ma się odnaleźć nawet po kilku minutach scrollowania Instagrama czy sprawdzania maila. Dla kinomaniaków i twórców przywiązanych do klasycznej narracji to rodzi pytanie, czy film nie staje się w ten sposób „treścią w tle”.

Nawet elita branży czasem nie ogląda nominowanych filmów

Problem urywanego oglądania nie kończy się na studentach czy użytkownikach platform VOD. Od czasu do czasu głośno robi się o tym, że część członków gremium przyznającego nagrody filmowe przyznaje się półoficjalnie do głosowania na tytuły, których nie widziała w całości, a czasem w ogóle.

Zdarza się, że decyzje opierają na ogólnej opinii, trailerach, recenzjach lub rozpoznawalności nazwisk. W epoce niekończącej się listy „must watch” łatwo zepchnąć nawet ważne filmy do roli pozycji, którą „kiedyś się nadrobi”. I tak miesiącami.

Kino, które kiedyś było wydarzeniem wymagającym koncentracji i zaangażowania, coraz częściej służy jako dźwiękowe i wizualne tło do zupełnie innych aktywności.

Dla wielu osób film leci podczas przewijania social mediów, grania, gotowania czy odrabiania pracy domowej. To zupełnie inny sposób obcowania z obrazem niż siedzenie w ciemnej sali, gdzie jedynym bodźcem jest ekran.

Co dzieje się z mózgiem, gdy wszystko oglądamy „na raty”

Neurobiolodzy podkreślają, że uwaga to umiejętność, którą można ćwiczyć, ale też rozleniwiać. Jeśli przez większość dnia skaczemy między aplikacjami, ciężko potem nagle włączyć tryb długiego skupienia. Mózg wraca do nawyku: „sprawdź jeszcze coś, może będzie ciekawsze”.

Efekt to nie tylko problemy z zaliczeniem kolokwium z historii kina. W dłuższej perspektywie mogą pojawić się:

Obszar Możliwy skutek nawyku przerywanego oglądania
Pamięć fabuły Gubienie wątków, mylenie postaci, wymyślanie nieistniejących scen
Myślenie krytyczne Płytkie interpretacje, skupienie na pojedynczych „momentach” zamiast całości
Emocje Słabsze przeżywanie historii, brak czasu na narastanie napięcia
Nauka Trudności z analizą materiałów dłuższych niż kilka minut

Studenci filmowi są tu dobrym papierkiem lakmusowym. Jeśli nawet osoby zdeklarowanie zainteresowane kinem mają problem z obejrzeniem klasyka w całości, łatwo wyobrazić sobie, jak wygląda to u przeciętnego widza, dla którego film jest tylko jedną z wielu rozrywek.

Czy da się jeszcze „wychować” uważnego widza?

Część dydaktyków próbuje reagować. Zamiast zakładać, że student po prostu „usiądzie i obejrzy”, wprowadzają konkretne ramy: seanse w sali, zakaz używania telefonów, krótkie przerwy techniczne na złapanie oddechu, a dopiero potem wspólna analiza.

Inni pracują nad formą zaliczeń. Zamiast standardowego testu, każą napisać krótką scenę inspirowaną filmem albo narysować prosty storyboard wybranego fragmentu. Tego nie da się zrobić, przewijając film co kilka minut – trzeba realnie zauważyć relacje między scenami.

Można się spodziewać, że podobne strategie zaczną się pojawiać także poza kierunkami artystycznymi. Długie teksty, wykłady trwające półtorej godziny, raporty, a nawet długie podcasty – wszystkie te formy opierają się na koncentracji, która u części młodych dorosłych wyraźnie słabnie.

Od strony odbiorcy pomocne bywa świadome wprowadzanie „wysp skupienia”: umawiamy się sami ze sobą na jeden pełny film tygodniowo bez telefonu obok, na pół godziny czytania książki w trybie samolotowym, na wykład odsłuchany bez równoległego scrollowania. Dla części osób brzmi to ascetycznie, ale tworzy przeciwwagę dla trybu życia w rytmie 47 sekund.

Kino pozostaje jednym z niewielu mediów, które wciąż próbują opowiadać długie historie w jednym kawałku. Pytanie, czy kolejne roczniki widzów będą jeszcze gotowe na taki rodzaj doświadczenia – czy też film o długości dwóch godzin stanie się w praktyce tylko zbiorem kilkunastu „mocnych scen”, oglądanych pomiędzy dźwiękami przychodzących powiadomień.

Prawdopodobnie można pominąć