Nowy spin-off „Game of Thrones” w ogniu krytyki. Jeden zabieg wkurzył fanów

Nowy spin-off „Game of Thrones” w ogniu krytyki. Jeden zabieg wkurzył fanów
Oceń artykuł

Nowa seria z uniwersum „Game of Thrones” zbiera świetne recenzje, ale piąty odcinek wywołał pierwszą poważną awanturę wśród widzów.

Najważniejsze informacje:

  • Piąty odcinek wprowadził trwający ponad dwadzieścia minut flashback w samym środku sceny Sądu Siedmiu.
  • Showrunner Ira Parker świadomie zaryzykował gniew widzów, by pogłębić psychologię głównego bohatera.
  • Retrospekcja ukazuje trudne dzieciństwo Duncana w dzielnicy nędzy Culpucier i jego drogę do rycerstwa.
  • Fani zarzucają twórcom sabotaż napięcia i zbyt małą ilość czasu ekranowego poświęconą samej bitwie.
  • Odcinek kończy się śmiercią Baelora Targaryena, co drastycznie zmienia sytuację polityczną w Westeros.

Chodzi o jeden kluczowy zabieg fabularny w A Knight of the Seven Kingdoms. Twórca serialu przyznaje otwarcie, że spodziewał się burzy, a wielu fanów czuje po nim spory niedosyt.

Spin-off „Game of Thrones” zachwyca… do pewnego momentu

A Knight of the Seven Kingdoms od startu zaskoczył fanów tym, że jest bardziej kameralny niż „Gra o tron” czy „House of the Dragon”. Zamiast wielkiej polityki – codzienność bohaterów, zamiast gigantycznych bitew – mniejsze, ale emocjonalnie gęste wydarzenia. Ten inny ton bardzo się spodobał publiczności.

Oceny kolejnych odcinków na serwisach typu IMDb rosną z tygodnia na tydzień. Widzowie chwalą świeże podejście, mocno osadzoną w realiach perspektywę zwykłych ludzi Westeros i skupienie na relacjach, a nie wyłącznie na krwałych zwrotach akcji.

Czwarty epizod szczególnie podkręcił emocje. Ser Duncan staje w obronie Tanselle przed okrutnym czynem Aeriona Targaryena, za co trafia w ręce możnych. Dowiaduje się, że o jego losie przesądzi starodawna forma sądu – tak zwany Sąd Siedmiu, czyli rytualny pojedynek, w którym po obu stronach staje po siedmiu wojowników.

W finałowej scenie czwartego odcinka rycerze różnych wielkich rodów Westeros przyłączają się do Duncana. Kamera zatrzymuje się tuż przed rozpoczęciem walki. Napięcie sięga sufitu, widz wie, że piąty odcinek otworzy się mocnym uderzeniem.

Bitwa się zaczyna… i nagle stop. Flashback jak kubeł zimnej wody

Piąty epizod startuje dokładnie tam, gdzie urwał się poprzedni. Pierwsze ciosy padają, Duncan zostaje zrzucony z konia – i w tym momencie akcja brutalnie zwalnia. Zamiast śledzić wynik starcia, przenosimy się na długi powrót do dzieciństwa bohatera w dzielnicy nędzy zwanej Culpucier.

Showrunner Ira Parker przyznaje, że nie znosił pomysłu zatrzymania akcji tuż po rozpoczęciu starcia, ale – jak twierdzi – twórcy „nie mieli innej opcji” i świadomie zaryzykowali gniew części widzów.

Decyzja była od początku kontrowersyjna także wewnątrz ekipy. Parker podkreśla, że spodziewał się ostrej reakcji fanów, chociaż uważa, że sam zabieg świetnie działa na poziomie opowieści o Duncanie.

Co wnosi powrót do przeszłości Duncana?

Sam flashback jest rozbudowaną, oryginalną wstawką względem opowiadania „Błędny rycerz”, na którym opiera się serial. Pokazuje dzieciństwo bohatera w skrajnej biedzie, jego pierwsze próby przetrwania na ulicy i pierwsze spotkania z rycerskim etosem, który później tak mocno go ukształtował.

Z tego ciągu scen wyłania się obraz człowieka, który nie buduje swojej tożsamości na herbie czy urodzeniu, lecz na woli walki i odporności na porażkę. Nie ma w nim cudownego „wybrańca”, jest za to ktoś, kto uparcie wstaje po każdym ciosie.

Flashback pokazuje, że prawdziwa siła Duncana nie wynika z nazwiska, ale z uporu, żeby się nie poddać, nawet gdy wszystko wydaje się przegrane.

Twórcy zestawiają w ten sposób sceny z młodości rycerza z jego obecną próbą w Sądzie Siedmiu. Każde wspomnienie ma echo w aktualnej sytuacji: dawny lęk, dawny głód, dawne upokorzenia – wszystko składa się na człowieka, który dziś ma odwagę stanąć naprzeciw Targaryenów.

Dlaczego widzów tak irytuje ten zabieg?

Nawet fani, którzy chwalą jakość samego flashbacku, zwracają uwagę na moment, w którym twórcy go wstawili. Seria długo się rozpędzała, trzeci odcinek przyniósł duże zaskoczenie, a czwarty wrzucił akcję na wyższy bieg. Widzowie nastawili się na kulminację w postaci spektakularnego pojedynku.

I wtedy, dokładnie w sekundzie, kiedy wszyscy chcą wreszcie zobaczyć starcie, serial robi pauzę na kilkanaście, a nawet ponad dwadzieścia minut. Rytm opowieści dostaje mocne szarpnięcie, a część widowni ma poczucie, że ktoś właśnie zabrał im to, na co czekali od poprzedniego tygodnia.

W komentarzach powtarzają się określenia typu „źle wmontowane”, „za długie”, „zabijające tempo serii”. Inni bronią pomysłu, twierdząc, że bez tej sekwencji walka byłaby efektowna, lecz pusta emocjonalnie. Sam showrunner stoi twardo po stronie swojej decyzji, jednocześnie przyznając, że wiedział, iż część osób wyjdzie z odcinka rozczarowana.

Główne zarzuty fanów wobec odcinka 5

  • zbyt długie zatrzymanie akcji tuż po rozpoczęciu pojedynku,
  • wrażenie, że twórcy „odkładają” obiecaną scenę walki na później,
  • zachwianie balansu między introspekcją a dynamiką wydarzeń,
  • poczucie, że kluczowa bitwa dostaje mniej czasu ekranowego, niż na to zasługuje.

Po seansie łatwo zrozumieć dwie strony sporu. Jeżeli ktoś najbardziej ceni w tej marce polityczne intrygi i mocne starcia, długa pauza w kulminacyjnym momencie wygląda jak sabotaż napięcia. Jeżeli kogoś bardziej interesuje psychologia bohatera, flashback wydaje się odważnym i sensownym wyborem.

Mocny cliffhanger wszystko odwraca

Mimo mieszanych reakcji na budowę środka odcinka, końcówka piątej części robi ogromne wrażenie. Kiedy wydaje się, że Duncan i jego sojusznicy wyszli z procesu obronną ręką, dochodzi do gwałtownego zwrotu.

Baelor Targaryen, jedna z najbardziej wyrazistych postaci sezonu, otrzymuje śmiertelne uderzenie w głowę. Przez krótką chwilę wszyscy – w tym widz – wierzą, że przeżyje. Dopiero po zdjęciu hełmu okazuje się, jak poważne są obrażenia. Książę umiera, a nad rodem Targaryenów zbierają się zupełnie nowe chmury.

Śmierć Baelora w ostatnich minutach odcinka natychmiast zmienia stawkę całej historii – narusza równowagę sił i zostawia Duncana z ciężarem, którego nie da się po prostu strząsnąć z ramion.

Ten gwałtowny finał skutecznie podsyca ciekawość przed szóstym, zamykającym sezon odcinkiem. Widzowie chcą wiedzieć, jak śmierć księcia odbije się na układzie sił, ale też jaką winę – realną lub wyobrażoną – poczuje na sobie Duncan.

Twórcy między młotem a kowadłem oczekiwań

Spór wokół piątego epizodu dobrze pokazuje, w jakiej sytuacji znajdują się dziś twórcy każdej produkcji osadzonej w tym uniwersum. Z jednej strony publiczność domaga się świeżości, bardziej osobistego tonu, odejścia od prostego kopiowania „Gry o tron”. Z drugiej – wciąż chce spektakularnych pojedynków, wielkich śmierci i tej charakterystycznej huśtawki emocji.

A Knight of the Seven Kingdoms próbuje iść po cienkiej linii między tymi oczekiwaniami. Flashback z dzieciństwa Duncana to ruch w stronę bardziej kameralnej, psychologicznej opowieści. Mocny cliffhanger ze śmiercią Baelora przypomina, że gra o władzę i zaskakujące zgony wciąż są w DNA tej marki.

Dla widza oznacza to, że kolejne sezony mogą częściej stawiać na podobne „ryzykowne” decyzje: zatrzymanie akcji w newralgicznym punkcie, dopisywanie nowych wątków do znanego materiału czy przenoszenie akcentów z polityki na indywidualne wybory bohaterów.

Co z tego wynika dla przyszłych produkcji z Westeros?

Jeśli piąty odcinek czegoś uczy, to tego, że fandom nie jest jednolity. Część widzów chce, by kolejne seriale rozwijały tło postaci i opowiadały o mniej znanych epizodach historii Westeros, nawet kosztem tempa akcji. Inni woleliby, żeby nowe tytuły trzymały się sprawdzonego schematu: dużo intryg, jeszcze więcej krwi.

Twórcy muszą więc uczyć się lepszego wyczucia momentu. Ten sam flashback wstawiony odrobinę wcześniej albo później mógłby zostać odebrany zupełnie inaczej. Umieszczenie go tuż po pierwszym starciu mieczy okazało się strzałem w bardzo wrażliwe miejsce oczekiwań widzów.

Dla polskiego odbiorcy, który często ogląda seriale tego typu „z doskoku”, ważna jest też jasność konstrukcji odcinka. Gdy tempo szarpie, rośnie ryzyko, że ktoś odłoży pilota i nie wróci. Z tej perspektywy warto zwracać uwagę, jak kolejne produkcje balansują między efektowną akcją a rozbudowanymi portretami psychologicznymi. W A Knight of the Seven Kingdoms to napięcie właśnie po raz pierwszy wyszło bardzo mocno na pierwszy plan – i wiele wskazuje, że będzie wracać w kolejnych rozdziałach tej historii.

Podsumowanie

Piąty odcinek serialu „A Knight of the Seven Kingdoms” wzbudził mieszane uczucia fanów z powodu długiego flashbacku przerzedzającego kulminacyjną scenę walki. Mimo krytyki dotyczącej tempa akcji, epizod dostarczył emocjonujący finał związany ze śmiercią jednej z kluczowych postaci uniwersum.

Prawdopodobnie można pominąć