ISS schodzi z orbity, a następcy brak. Amerykańscy senatorzy naciskają na NASA

ISS schodzi z orbity, a następcy brak. Amerykańscy senatorzy naciskają na NASA
Oceń artykuł

Międzynarodowa Stacja Kosmiczna zbliża się do końca życia, a scenariusz dla kolejnej ery lotów załogowych wciąż jest niejasny.

Do 2030 roku ISS ma zostać opuszczona i celowo spalona w atmosferze. Dla NASA i całego sektora kosmicznego w USA oznacza to wyścig z czasem: jak utrzymać ludzi na orbicie bez ani jednego dnia przerwy, gdy obecna stacja przestanie istnieć?

Nadchodzi koniec ISS. Zegar tyka do 2030 roku

Międzynarodowa Stacja Kosmiczna działa nieprzerwanie od ponad dwóch dekad. To na niej testowano technologie do długotrwałych misji, badano wpływ mikrograwitacji na organizm i rozwijano współpracę między USA, Europą, Rosją, Japonią i Kanadą. Teraz ten etap się kończy.

Plany NASA zakładają, że około 2030 roku ISS zostanie stopniowo opuszczona, a następnie sprowadzona z orbity tak, by jej szczątki spaliły się nad odległymi obszarami oceanu. Konstrukcja starzeje się, utrzymanie jest coraz droższe, a systemy pokładowe wymagają rosnącej liczby napraw.

ISS ma przed sobą kilka ostatnich lat pracy. Po ich zakończeniu obecna epoka stałej obecności człowieka na tej konkretnej stacji się zamknie – pytanie brzmi, co przyjdzie po niej i czy przerwa w załogowych lotach nie rozbije dorobku ostatnich 20 lat.

Największa obawa w Waszyngtonie nie dotyczy samego końca stacji, lecz możliwej „dziury” w obecności człowieka na orbicie. Amerykańscy senatorzy oczekują, że USA nie dopuszczą do sytuacji, w której po zejściu ISS z orbity astronauci z tego kraju nie będą mieli gdzie polecieć.

Senat przykręca śrubę NASA

Według relacji serwisu Ars Technica w Kongresie rośnie presja na przyspieszenie prac nad następcami ISS. Szczególnie aktywny jest zespół związany z republikańskim senatorem z Teksasu, Tedem Cruzem. To ważna postać w tej układance: kieruje komisją zajmującą się nauką i transportem, a reprezentuje stan, w którym znajduje się m.in. Centrum Kosmiczne Johnsona w Houston.

Jedna z jego współpracownic miała przekazać NASA bardzo jasne oczekiwanie: żadnej przerwy w obecności ludzi na orbicie. Jej słowa, cytowane w amerykańskich mediach, sprowadzają się do prostego komunikatu: ciągłość misji załogowych ma zostać zachowana bez najmniejszej luki.

Dla sektora kosmicznego w Teksasie stawka jest nie tylko prestiżowa, ale też gospodarcza. Każdy rok bez stacji kosmicznej z udziałem NASA oznaczałby zamrożenie części kontraktów, spadek liczby misji i osłabienie pozycji regionu w rywalizacji o inwestycje firm prywatnych.

Od państwowej stacji do prywatnych orbitalnych „biur”

W wizji, którą promują amerykańscy senatorzy, NASA ma jak najszybciej przejść od roli operatora własnej stacji do roli klienta prywatnych platform orbitalnych. ISS był i jest tworem państwowym, opartym na międzynarodowych agencjach. Następne generacje mają mieć zupełnie inną konstrukcję finansową i organizacyjną.

Komercyjne stacje jako następny krok

W praktyce chodzi o tzw. commercial space stations – prywatne moduły lub całe kompleksy, które zbudują firmy, a NASA będzie płacić za korzystanie z przestrzeni, usług i infrastruktury. Kilka koncernów, w tym duzi gracze pokroju Lockheed Martin czy startupy związane z Boeingiem i firmami NewSpace, już pracuje nad koncepcjami takich obiektów.

  • NASA przestaje być właścicielem stacji, a staje się jednym z klientów.
  • Firmy prywatne wynajmują moduły badawcze innym państwom i korporacjom.
  • Część stacji może pełnić rolę „hotelu” dla turystów kosmicznych.
  • Wspólna infrastruktura służy też jako przystanek dla misji na Księżyc i Marsa.

Problem w tym, że żaden z projektów komercyjnych stacji nie jest jeszcze na tyle zaawansowany, by dało się z pełną odpowiedzialnością obiecać, że będzie gotowy przed planowanym końcem ISS. A to właśnie chce usłyszeć amerykański Senat: że NASA ma realny, konkretny harmonogram.

NASA między ambicją a ograniczeniami budżetu

Agencja kosmiczna prowadzi równolegle wiele priorytetowych projektów: program Artemis z misjami załogowymi na Księżyc, rozwój nowych rakiet i statków, misje naukowe w głęboką przestrzeń. Każda z tych inicjatyw pochłania miliardy dolarów i wymaga wieloletniego planowania.

Budowa nowej stacji tylko zwiększa presję finansową. Trzeba zamówić moduły, systemy podtrzymywania życia, rozwijać logistykę lotów załogowych i bezzałogowych. Do tego dochodzi kwestia bezpieczeństwa – prywatny operator musi spełnić bardzo wyśrubowane standardy, zanim NASA wyśle tam własnych astronautów.

Senatorzy oczekują, że NASA wyznaczy jasny termin gotowości komercyjnej stacji. Inżynierowie przypominają, że w kosmosie kalendarze lubią się obsuwać, a zbyt ambitne terminy w przeszłości często kończyły się kosztownymi opóźnieniami.

Ryzyko „czarnej dziury” w obecności człowieka na orbicie

Scenariusz, którego politycy boją się najbardziej, jest zaskakująco prosty: w 2030 roku ISS zostaje spuszczona z orbity, a pierwsza komercyjna stacja wciąż nie jest gotowa. NASA może co prawda wysyłać astronautów na krótsze misje, np. w ramach testowych lotów statków czy na obiekty zarządzane przez inne kraje, lecz to nie zastąpi stałej infrastruktury badawczej.

Przerwa kilkuletnia oznaczałaby m.in.:

  • utracone programy badań długoterminowych w mikrograwitacji,
  • przerwę w szkoleniu astronautów w warunkach ciągłej obecności na orbicie,
  • słabszą pozycję USA wobec Chin, które rozwijają własną stację Tiangong,
  • zniechęcenie części firm i ośrodków naukowych, które liczą na płynność projektów.

Dla Chin przerwa w amerykańskiej obecności orbitalnej byłaby okazją do przejęcia roli głównego gospodarza badań w kosmosie bliskim Ziemi. Państwo Środka już teraz oferuje innym krajom miejsca na własnej stacji, tworząc alternatywny ekosystem wobec przedsięwzięć związanych z NASA.

Kto może zapełnić lukę po ISS?

W tle całej debaty przewija się pytanie, jak dokładnie będzie wyglądał „ekosystem orbit okołoziemskich” po 2030 roku. Pojawia się kilka możliwych dróg, które częściowo mogą się ze sobą pokrywać.

Scenariusz Główny operator Atuty Słabe punkty
Komercyjna stacja kontraktowana przez NASA konsorcjum firm prywatnych niższe koszty operacyjne, elastyczność, możliwość wynajmu innym podmiotom ryzyko opóźnień, niepewność finansowa, konieczność certyfikacji dla lotów załogowych
Rozbudowa infrastruktury wokół Księżyca (np. Gateway) NASA i partnerzy międzynarodowi bezpośrednie wsparcie programu Artemis, prestiż, nowe technologie duża odległość od Ziemi, wysokie koszty, mniej wygodna dla badań wymagających bliskiej orbity
Współpraca z innymi stacjami narodowymi np. Chiny, przyszłe projekty krajowe dywersyfikacja partnerów, mniejsze koszty budowy własnej stacji napięcia polityczne, ograniczony dostęp, ryzyko uzależnienia od obcych programów

Najbardziej prawdopodobny wydaje się miks rozwiązań: część eksperymentów trafi na prywatne stacje na niskiej orbicie, a część – na platformy związane z misjami księżycowymi. Politycy w USA mogą zaakceptować taki rozproszony model, ale tylko wtedy, gdy będzie działał bez pauzy między ISS a nową infrastrukturą.

Dlaczego ciągła obecność człowieka na orbicie tak mocno rozpala emocje

Za naciskiem senatorów stoi nie tylko lokalna polityka, lecz także realne znaczenie stałej obecności człowieka w kosmosie. ISS pokazała, jak wiele można zyskać, gdy załogi zmieniają się płynnie, a naukowcy mogą planować projekty na lata.

Badania prowadzone na stacji dotyczą m.in. medycyny, materiałoznawstwa, biologii, zmian klimatu czy technologii satelitarnych. Wielu z tych eksperymentów nie da się odtworzyć na powierzchni Ziemi. Długie przerwy w dostępie do mikrograwitacji wybijają z rytmu całe zespoły, które pracują nad lekami, sensorami czy systemami podtrzymywania życia potrzebnymi do misji międzyplanetarnych.

Nie bez znaczenia jest też aspekt symboliczny. Od ponad 20 lat można powiedzieć, że ludzie są w kosmosie bez przerwy. Ta ciągłość stała się częścią narracji o postępie technologicznym. Gdyby po 2030 roku nastąpiło kilkuletnie „wylogowanie” z orbity, wielu Amerykanów mogłoby to odebrać jako krok w tył.

Co ta dyskusja mówi o przyszłości kosmosu

Dla przeciętnego czytelnika cała gra wokół ISS może brzmieć jak odległa polityczna przepychanka. W rzeczywistości to spór o model rozwoju całego sektora kosmicznego. Czy za kilka lat laboratorium na orbicie będzie czymś w rodzaju biurka w wynajętym coworkingu, które NASA dzieli z innymi klientami? Czy rządy utrzymają kontrolę nad kluczową infrastrukturą, czy w większym stopniu oddadzą ją firmom?

Można też patrzeć na tę sytuację jak na test dla nowych modeli partnerstwa publiczno-prywatnego. Starty rakiet w USA już w dużej mierze przeszły w ręce komercyjnych operatorów. Teraz podobny proces ma objąć całe stacje kosmiczne. Jeśli się uda, kosmos bliski Ziemi będzie bardziej dostępny dla uczelni, startupów i mniejszych państw. Jeśli się nie uda, NASA stanie przed ryzykiem kilku „straconych lat”, które trudno będzie odrobić, gdy inni gracze pójdą do przodu.

Dla Polski i Europy ta debata również jest istotna. Od kształtu przyszłego rynku stacji orbitalnych zależy, jakie miejsce zajmą w nim krajowe i unijne firmy, jak będą wyglądały kontrakty badawcze i gdzie polecą przyszli europejscy astronauci. ISS była wspólnym projektem wielu agencji. Następna generacja stacji może już przypominać bardziej park biurowy niż jedną, wielką, międzynarodową budowlę. I właśnie o to toczy się dziś spór w gabinetach NASA i na korytarzach Senatu USA.

Prawdopodobnie można pominąć